19 lutego 2018

Kulturoznawstwo międzynarodowe UJ - pierwszy semestr

Hejka!
   Sesja zimowa już jakiś czas za mną. Z racji tego, że udało mi się zdać wszystkie egzaminy w pierwszym terminie, mam całe dwa tygodnie ferii dla siebie! Skoro więc w końcu znalazłam więcej czasu na nadrobienie zaległości we wpisach na blogu, postanowiłam spełnić daną Wam w poprzednim poście obietnicę i scharakteryzować przebieg pierwszego semestru moich studiów. Zapraszam! 

 Skąd pomysł na post?

   Wybierając się na kulturoznawstwo międzynarodowe nie byłam do końca pewna, z czym wiąże się ten kierunek oraz co mnie może na nim spotkać. Na internecie - poza stroną Instytutu Studiów Międzykulturowych i innych jednostek UJ - nie znalazłam żadnych rzetelnych informacji na temat przebiegu tych studiów, co wprawiło mnie w niemałą konsternację. Wszelkie konwersacje dotyczące kulturoznawstwa, na jakie natknęłam się na studenckich forach, albo pochodziły sprzed dziesięciu lat, albo ograniczały się do komentarzy typu: "po kulturoznawstwie czeka cię świetlana przyszłość w McDonaldzie" lub "e tam, lepiej iść na coś innego"; innymi słowy- totalny chaos i zupełna dezinformacja. Jakiś czas temu przypomniałam sobie o owym problemie i uznałam, że moje doświadczenia związane z poprzednim semestrem mogłyby pomóc komuś, kto jest/będzie w podobnej sytuacji, co ja. Zainspirowana swoimi przeżyciami - oraz wpisami Mirabell o jej studiach na Uniwersytecie Gdańskim - postanowiłam stworzyć ten oto post. Liczę, że choć odrobinę pomoże on przyszłym studentom UJ lub być może zachęci kogoś do podjęcia nauki na kulturoznawstwie.

Lista przedmiotów

   W tym semestrze miałam łącznie sześć regularnych przedmiotów, nie wliczając w to wf, oraz musiałam odbyć szkolenie uniwersyteckie i szkolenie bhp.

   Lista przedmiotów na semestr zimowy:
- filozofia (wykład i ćwiczenia) - opowieści studenckie mojej mamy oraz jej niechęć do tego przedmiotu sprawiły, że byłam przygotowana na najgorszą katorgę na zajęciach z filozofii, ale okazało się, że nie było wcale tak źle. Nasz wykładowca był bardzo konkretny w kwestii materiału i wszystko co opowiadał było zwięzłe, sensowne i zrozumiałe. Jednakże, wystarczyła zaledwie sekunda braku skupienia i momentalnie traciło się cały wątek. Nie ukrywam, był to jeden z najbardziej wymagających wykładów, ale będę go miło wspominać ze względu na naszego wykładowcę. Ćwiczenia wymagały z kolei przygotowania się z wybranego przez wykładowcę tekstu filozoficznego np. fragmentu "Uczty" Platona, który następnie omawialiśmy wspólnie na zajęciach. 
- współczesna literatura światowa (wykład i ćwiczenia) - głównymi tematami naszych zajęć były najpopularniejsze nurty we współczesnej literaturze światowej, czyli m.in. teatr absurdu, realizm magiczny oraz postmodernizm, któremu poświęciliśmy szczególnie dużo uwagi. Omówiliśmy pokrótce twórczości mnóstwa autorów, z czego najwięcej było tych pochodzących z Japonii i Rosji. Moim ulubionym wykładem był zdecydowanie ten, o zeszłorocznym laureacie literackiej Nagrody Nobla - Kazuo Ishiguro. Ćwiczenia wyglądały zupełnie tak samo jak te z filozofii. 
- wstęp do nauk o kulturze (wykład i ćwiczenia) - najważniejszy przedmiot w całym tym semestrze, który - na moje własne nieszczęście - akurat dla mnie okazał się najgorszym ze wszystkich. Podczas wykładów bardzo często rozpraszałam się i zupełnie traciłam kontakt z rzeczywistością, przez co moje notatki były niekompletne i w wielu miejscach dziurawe. Wiele z wykładów dotyczyło wyjątkowo oczywistych i ogólnie wiadomych spraw jak np. relacje pomiędzy mężczyznami a kobietami, przez co uznałam, że nawet nie warto zaprzątać sobie głowy notowaniem. To był błąd. Ucząc się na egzamin z tego przedmiotu przeżywałam jeden wielki dramat, ale mimo wszystko jakoś udało mi się go zaliczyć. 
   Tematyka wykładów krążyła wokół definicji kultury i cywilizacji, powiązań w rodzinie, ciała biologicznego i kulturowego, kultury i natury oraz samego kulturoznawstwa i studiów kulturowych. Wykład, który najbardziej zapadł mi w pamięć to ten o... kanibalizmie. Czy ktoś z obecnych tutaj czytelników miałby ochotę dowiedzieć się czegoś o kanibalizmie medycznym i kulturowym? Jak tak, to akurat mam z tego całkiem niezłe notatki! Jeszcze co do ćwiczeń- miały one formę luźnych konwersatoriów, które dotyczyły zagadnień poruszanych w trakcie wykładów. 
- dzieje obyczajów (wykład) - bardzo sympatyczny kurs prowadzony przez bardzo sympatycznego wykładowcę. Przedmiot ten obejmuje swoją tematyką kwestie rodziny, małżeństwa, kobiety oraz dziecka na przestrzeni dziejów, od I w.n.e. aż po wiek XX. Kulturowo nie wychodziliśmy poza Europę, w której skupiliśmy się szczególnie na Włoszech, Wielkiej Brytanii oraz Francji. Najciekawszymi dla mnie wykładami były te o roli rodziny w XIX i XX wieku oraz o dobrym smaku, rozumianym zarówno jako gust kulinarny ale i godne zachowanie. 
- religie świata (wykład) - zaraz obok filozofii, jeden z najbardziej wymagających dla mnie wykładów. Omówiliśmy częściowo kilka największych religii, z czego całkowicie pominęliśmy chrześcijaństwo (najprawdopodobniej założeniem kursu było poznanie obcych dla nas religii, gdyż z chrześcijaństwem, jako religią dominującą w Polsce, mamy ciągłą styczność). Zapamiętanie tych wszystkich świętych pism danych religii to była istna katorga... Mimo wszystko, udało mi się jakkolwiek poszerzyć moje horyzonty i dowiedzieć wielu nowych rzeczy.
   W ramach zaliczenia przedmiotu byliśmy zobowiązani wybrać jeden z tekstów naukowych, dotyczący danej religii, a następnie streścić go na egzaminie. Spośród ich dość sporej puli, jaką zaproponował nam wykładowca, postanowiłam omówić tekst Adiny Zemanek, o wybranych aspektach kobiecości w Konfucjanizmie. Wybrałam ten tekst ze względu na moje zainteresowanie Azją oraz patrzyłam również na fakt, że miałam już pewną wiedzę w tym temacie dzięki książkom Lisy See, które namiętnie czytałam w liceum.
- historia kina światowego (wykład) - początkowo nie przepadałam zbytnio za tym przedmiotem lecz jeden z ostatnich wykładów przekonał mnie, że jednak warto było na niego uczęszczać. Chodzi mi w tym momencie o wykład poświęcony kinu gangsterskiemu. Cóż, filmy z tego gatunku nigdy nie należały do moich ulubionych, a niekiedy wręcz unikałam ich na wszelkie możliwe sposoby, gdyż zupełnie nie wpasowywały się w kanon moich upodobań. Jednakże w trakcie wykładu, podczas którego wykładowca dość szczegółowo omówił historię powstania owego gatunku i przedstawił jego najbardziej charakterystyczne cechy, jakimś cudem nabrałam ochoty na obejrzenie filmu gangsterskiego. Jeszcze tego nie zrobiłam, ale póki mam ferie, koniecznie muszę to nadrobić!

Fakultety

   Poza regularnymi przedmiotami, miałam dodatkowo wybrać dla siebie dwa dowolne fakultety.

   Moja lista fakultetów na semestr zimowy:
- kulturotwórcza rola mitu (wykład) - jeżeli miałabym być szczera, to zapisując się na ów fakultet spodziewałam się czegoś zupełnie innego od tego, co zastałam na zajęciach. Chyba liczyłam na bardzo lekki wykład, na którym poruszane by były głównie kwestie panteonów przeróżnych mitologii. W zasadzie panteony niby były, ale nie w takiej formie, jakiej oczekiwałam. Jak sama nazwa przedmiotu wskazuje, w trakcie kursu skupiliśmy się na wpływie przeróżnych mitów na kulturę, ale również omówiliśmy różnicę pomiędzy mitami a naukowymi faktami, sporo czasu poświęciliśmy mitom kosmogonicznym oraz poruszyliśmy kwestię mitów współczesnych. 
   W ramach zaliczenia przedmiotu, mieliśmy napisać wypracowanie na wybrany przez nas temat, a jakiś czas później "obronić" swoją pracę przed całą grupą. Uznałam, że dobrze będzie wybrać coś z kręgu moich zainteresowań, więc skoro tak się złożyło, że jestem ogromną fanką romansów, postanowiłam sięgnąć po mit Amora i Psyche i poświęcić mu całe moje wypracowanie. Wygrzebałam w czytelni Biblioteki Jagiellońskiej egzemplarz "Bajki o Amorze i Psyche" z 1911 roku, który posłużył mi za swego rodzaju bazę. Co do samej treści wypracowania, skupiłam się w nim na symbolice, jaka pojawia się w micie, oraz na jej szerokim wykorzystaniu przez różnej maści artystów. Na sam koniec poruszyłam również kwestię wywodzących się z mitu toposów i motywów, których można doszukać się większości baśni i popularnych współcześnie romansów. Muszę przyznać, że wyszło mi to dość zgrabnie! 
- kod Biblii (wykład) - fakultet prowadzony przez tego samego wykładowcę, z którym miałam religie świata oraz wyżej omawiany przedmiot. Wbrew oczekiwaniom większości, kurs wcale nie dotyczył doszukiwania się w Biblii tajemnych informacji i znaków (było to wspomniane, ale bardziej w ramach ciekawostki), lecz w dużej mierze poruszał kwestię jej wpływu na kulturę; trochę taka "kulturotwórcza rola Biblii". Rozmawialiśmy na temat motywów biblijnych w sztuce, kultury żydowskiej w kontekście Starego Testamentu oraz dość szczegółowo omówiliśmy strukturę Biblii, w tym kilka wybranych przez wykładowcę ksiąg. 
   Jedną z najważniejszych rzeczy, jaką dowiedziałam się w trakcie tego kursu jest to, że Tora to wcale nie jest Stary Testament! Ja przez cały ten czas żyłam w przekonaniu, że jest inaczej; myślałam, że Tora = Stary Testament. Tora jest to zaledwie pięć ksiąg Starego Testamentu (Księga Rodzaju, Wyjścia, Kapłańska, Powtórzonego Prawa i Liczb). Stary Testament nie nosi nazwy Tora, lecz Tanach. Słowo Tanach jest to skrót od nazw trzech zbiorów ksiąg, z jakich składa się Stary Testament, a są to: Tora (Prawo), Newiim (Prorocy, czyli pisma prorockie), Ketuwim (Pisma, czyli pozostałe księgi). Nie wiem jak dla Was, ale dla mnie to było spore zaskoczenie, dowiedzieć się czegoś takiego. Dajcie mi koniecznie znać, czy też byliście przekonani o tym, że Tora to inaczej Sary Testament! 

Dodatkowe informacje

   W tej części chciałabym zawrzeć choć garść informacji, która może być korzystna dla osób zainteresowanych studiowaniem kulturoznawstwa międzynarodowego na UJ. Pierwsza i chyba najważniejsza rzecz- nie spodziewajcie się, że będziecie mieć zajęcia w centrum Krakowa. Instytut Studiów Międzykulturowych, który oferuje wcześniej wspomniany kierunek, mieści się przy ulicy Gronostajowej w dzielnicy Dębniki, która oddalona jest od centrum miasta o jakieś pół godziny. Żeby było ciekawiej, niemal wszystkie akademiki UJ mieszczą się w dzielnicy Krowodrza, czyli dosłownie pół godziny drogi od Kampusu. Szybki transport komunikacją miejską jest możliwy, ale często trzeba kombinować z przesiadkami. Dlatego, aby jak najbardziej zmniejszyć koszty dojazdu, polecam zainwestować w miejską kartę semestralną, która jest możliwa do kupienia w specjalnych punktach MPK za okazaniem legitymacji studenckiej. Koszt takiej karty wynosi nieco ponad 180 zł, ale jest ważna przez najbliższe pięć miesięcy, więc przy częstych przesiadkach jest to bardzo opłacalna inwestycja.
   Dla tych, którzy mieli już jakąkolwiek styczność ze studiami, dziurawy i skomplikowany plan zajęć nie jest niczym dziwnym, ale dla kogoś, kto dopiero rozpoczyna swoją przygodę na uczelni, może to być naprawdę irytująca i niezrozumiała rzecz. Otóż w wielu przypadkach trudno o dzień, w którym zajęcia zaczynałyby się rano i następowałyby po sobie bez żadnych dłuższych przerw. Często bywa tak, że zajęcia odbywają się w godzinach wieczornych, albo są rano, a po kilkugodzinnej przerwie jest jeszcze jeden wykład wieczorem. Bądźcie przygotowani na takie ekscesy, co niestety na studiach jest w zupełności normą. Piszę niestety, gdyż często taki układ dnia bardzo psuł mi wszelkie inne plany.
   Rejestracja na fakultety to istna walka na śmierć i życie. Jeszcze 20 minut przed rozpoczęciem tury czyha się przez cały czas na USOSie, i co jakiś czas odświeża się stronę. Gdy nastaje wielkie otwarcie, wszyscy rzucają się jak dzicy na ich upatrzone fakultety i nierzadko bywa tak, że już po pierwszej minucie rejestracji wszystkie miejsca na danych kursach są permanentnie zajęte. Dlatego bądźcie czujni! Nie śpijcie, tylko odświeżajcie USOS! A jeszcze co do samego tego systemu, przez pierwsze miesiące był on dla mnie istną czarną magią, ale po jakimś czasie udało mi się ogarnąć. Podobnie jest z Biblioteką Jagiellońską- potrzeba mi było kilku prób, żebym jakkolwiek pojęła sposób jej funkcjonowania. Także jeżeli będziecie mieć z nimi problem to nie martwcie się- to nie jest takie trudne do ogarnięcia, jak się wydaje.


Jedna z sal wykładowych na Kampusie 600-lecia, gdzie mam zajęcia

   Póki co jestem bardzo zadowolona z mojego kierunku studiów i liczę, że uda mi się pozostać na nim tak długo, jak tylko będzie to możliwe. Następny semestr już za niedługo, a wraz z nim zupełnie inne przedmioty i nowy - jeszcze bardziej podziurawiony - plan zajęć. Trzymajcie za mnie kciuki!
   Zdaję sobie sprawę, że relacja z pierwszego semestru to niewystarczające źródło informacji na temat danego kierunku studiów, dlatego podejdźcie do tego posta z lekkim dystansem. Mimo wszystko chcę choć częściowo zapełnić tę wielką internetową dziurę, która aż zionie od braku jakichkolwiek relacji na temat kulturoznawstwa na UJ.

See you
Kamila
UDOSTĘPNIJ TEN POST

27 stycznia 2018

Wielkie podsumowanie 2017 roku

Hejka!
   Rok 2017 mamy już od pewnego czasu za sobą, lecz chciałabym powrócić do niego jeszcze ten jeden raz i podsumować go pod względem przeczytanych oraz obejrzanych przeze mnie tytułów. Zapraszam!

Lista przeczytanych książek

"Czerwony Kwiatuszek" - Siergiej Aksakow
"Ja, Blanka" - Ewa Barańska
"Anioł w kapeluszu" - Monika Szwaja
"Kłamczucha" - Małgorzata Musierowicz
"Bransoletka" - Ewa Nowak
"Ida sierpniowa" - Małgorzata Musierowicz
"Forrest Gump" - Winston Groom
"Koralina" - Neil Gaiman
"Zanim umrę" - Jenny Downham
"Tu i teraz" - Ann Brashares
"Magiczna gondola" - Eva Völler
"Granica" - Zofia Nałkowska
"Kalamburka" - Małgorzata Musierowicz
"Zamieniona" - Amanda Hocking
"Opium w rosole" - Małgorzata Musierowicz
"Zdążyć przez Panem Bogiem" - Hanna Krall
"Gałka od łóżka" - Mary Norton
"Mały babski świat" - Pamela Brown
"Siódme wtajemniczenie" - Edmund Niziurski
"Stowarzyszenie wędrujących dżinsów: trzecie lato" - Ann Brashares
"Stowarzyszenie wędrujących dżinsów: ostatnie lato" - Ann Brashares
"Kryształowe serce" - Frédéric Lenoir
"Piękna i Bestia" - Elizabeth Rudnick
"Chiński Kopciuszek" - Adeline Yen Mah
"Ostatni Wielki Kahun" - Ewa Barańska
"Ślub" - Nicholas Sparks
"Odrodzić się z popiołów" - Akiko Mikamo
"Po nitce do kłębka" - Jack Spider
"Carrie" - Stephen King
"Rok 1984" - George Orwell
"Naznaczona" - Joss Stirling
"Lustro Pana Grymsa" - Dorota Terakowska
"Śmiało, Angel!" - Joss Stirling
"Wrócę po Ciebie" - Guillaume Musso
"Tristan i Izolda" - praca zbiorowa
"Marcelino chleb i wino" -  José María Sánchez-Silva
"Bajka o Amorze i Psyche" - Apulejusz
"Sto lat samotności" - Gabriel García Márquez

   Łącznie przeczytałam 39 książek, z czego zrecenzowałam AŻ jedną. Szał po prostu. 


źródło: tenor.com

Lista obejrzanych filmów

"Forrest Gump"
"Konopielka"
"Zielona Mila"
"Pachnidło: Historia Mordercy"
"Upiór w operze"
"Azyl"
"Złap mnie, jeśli potrafisz"
"The Room"
"3096 dni"
"W głowie się nie mieści"
"Vaiana: Skarb oceanu"
"Kimi no Na Wa"
"1984"
"Wielka szóstka"
"Gorączka złota"
"Piękna i Bestia" (2017)
"Gwiezdne wojny: Przebudzenie Mocy"
"Gwiezdne wojny: Ostatni Jedi"
"Kochanice króla"

   W sumie obejrzałam 29 filmów i zrecenzowałam 6 z nich. 

Lista obejrzanych dram i anime

"Hanasakeru Seishounen"
"ReLife"
"Soredemo Sekai wa Utsukushii"

   Łącznie 4 tytuły, z czego wyłącznie 1 jeden został zrecenzowany.

Razem 72 tytuły

   W tym roku - podobnie jak i w ubiegłym - nie udało mi się ukończyć żadnego z podjętych wyzwań książkowych; ani nie przeczytałam 52 książek w ciągu roku, ani nie dokończyłam ABC Czytania (które zaczęłam w 2016 roku, tak w ramach przypomnienia ;_;). Czuję z tego powodu lekkie rozczarowanie, lecz mimo wszystko jestem dość zadowolona z mojego wyniku. Na ten rok mam już zaplanowanych wiele tytułów i liczę, że po nadchodzącej sesji znajdę czas na choć część z nich (zaczęłam czytać m.in. "Zorro" Johnstona McCulleya i muszę przyznać, że póki co jestem zachwycona lekkością pióra autora!).
   Ten rok był dla mnie szczególnie obfity jeżeli chodzi o kultowe filmy, bowiem wreszcie udało mi się nadrobić takie produkcje jak "Zielona Mila" czy "Forrest Gump". Jednakże na mojej liście na filmwebie wciąż znajduje się mnóstwo innych pozycji, którym póki co nie udało mi się poświęcić uwagi (jejkuuu, kiedy ja w końcu oglądnę "Efekt Motyla"??), dlatego wiele przede mną.
   W 2017 roku nie zajmowałam się jednak wyłącznie czytaniem i oglądaniem, lecz postanowiłam też spróbować swoich sił w czymś o zupełnie innym charakterze, a mianowicie w szyciu na maszynie. Już od dłuższego czasu marzyły mi się piękne, materiałowe oprawki na zeszyty, więc gdy tylko znalazłam czas po maturach, postanowiłam poprosić moją mamę o pomoc w obsłudze naszej starej maszyny. Kilka godzin mozolnej nauki i prób zaowocowało w dość szybkim czasie trzema uroczymi oprawkami, które ozdobiłam serduszkami wyciętymi ze starych koszul w kwiaty. Po wakacjach nie znalazłam już więcej czasu ani okazji - bo dość rzadko wracam z akademika do domu - aby szyć, lecz nie wątpliwie jestem bogatsza o pewną umiejętność i doświadczenie.
   2017 to dla mnie również rok muzyki, bowiem zainteresowały mnie wówczas utwory kompozytorów muzyki poważnej jak np. "Aquarium" Camille Saint-Saënsa, zaczęłam słuchać lofi hip hopu oraz wielu innych gatunków. Natrafiłam również na wprost genialny zespół The xx a także na Organka, który zaskoczył mnie swoim brzmieniem.
   W związku z pewnymi istotnymi wydarzeniami, o których wspomniałam w poprzednim poście, w ostatnim roku moja aktywność w blogosferze była naprawdę znikoma i opublikowałam jedynie 20 postów, co nie stanowi nawet jednego posta na tydzień. Ciekawe, czy 2018 będzie pod tym względem lepszy? Oby... 
   Tak jak co roku, zabierając się za ten wpis postanowiłam sporządzić listę z "nominacjami" w poszczególnych kategoriach dla przeczytanych przeze mnie książek. Jednak w trakcie przeglądania listy z tytułami doszłam do wniosku, że w żadnej z tych książek nie mogę znaleźć ani czegoś najlepszego ani najgorszego z moich nominacji. W zeszłych latach przychodziło mi to zdecydowanie łatwiej stąd jestem zdziwiona, dlaczego tym razem towarzyszyło mi tak ogromne niezdecydowanie? Nie mogę powiedzieć, że te książki były nijakie i niczym się nie wyróżniały, gdyż wiele z nich czytałam z ogromnym zaangażowaniem i chęcią. Kompletnie nie wiem, co jest przyczyną tego stanu, dlatego jedyne co mogę w tym momencie zrobić, to przeprosić Was za brak rozdania nagród w tym roku. Ale bez obaw- prędzej czy później coś takiego pojawi się jeszcze na blogu!


źródło: kinyu-z.net

   Zimowa sesja trwa, więc niestety znowu zniknę na kilka tygodni z blogosfery. Jednak w ramach rekompensaty, chciałabym opowiedzieć Wam co nieco o moim kierunku studiów oraz m.in. o przedmiotach, na jakie uczęszczałam w tym semestrze. Planuję również nieco poeksperymentować z formą moich recenzji oraz poświęcić jeszcze ze dwa/trzy wpisy tytułom z mojego dzieciństwa. Jejku, tyle pomysłów, a tak mało czasu! Także trzymajcie za mnie kciuki i Wam również życzę wszystkiego dobrego!

See you
Kamila
UDOSTĘPNIJ TEN POST

31 grudnia 2017

I love 80s music!

Hejka!
   Nie wiem jak Wy, ale ja nie wyobrażam sobie życia bez muzyki. Oczywiście nie mam przez to na myśli, że uważam się za jakiegoś wielkiego znawcę lub kogoś na kształt muzycznego konesera, bowiem bardzo mi do tego daleko. Trzeba jednak przyznać, że miałam już styczność z twórczością wielu różnorakich artystów i wysłuchałam naprawdę pokaźnej liczby utworów. Nie ważne jednak, czy w danym momencie życia interesowałam się Black Eyed Peas, czy szalałam za piosenkami Muse'u, zawsze znalazłam czas na poświęcenie uwagi muzyce z lat 80. W dzisiejszym - bardzo nostalgicznym - poście, przedstawię Wam kilka moich ulubionych utworów z tamtego okresu oraz opowiem co nieco o wspomnieniach, jakie z nimi wiążę. Nie zwlekając dłużej, zapraszam Was na wspólną podróż w czasie. Jesteście gotowi?

Phil Collins - Another Day In Paradise
oraz
Real Life - Send Me An Angel



   Jako dziecko uwielbiałam odkrywać nowe miejsca do zabawy w obrębie mojego domu, więc gdy znudziły mi się już sypialnia, salon i cała reszta pomieszczeń, postanowiłam zajrzeć do auta mojego taty. Po pozwoleniu ze strony rodziców i po dokładnym poinstruowaniu, co mi wolno ruszać a co nie, kilkuletnia ja zaczęła w pełni cieszyć się swoim nowym miejscem zabaw. Każdego lata, kiedy upał nie pozwalał spędzać zbyt dużo czasu na zewnątrz, podkradałam klucze do chłodnego, zaciemnionego garażu, gdzie czekał już na mnie nasz samochód. Jako, że byłam bardzo ciekawskim dzieckiem, obowiązkowo musiałam przeszukać wszystkie schowki, jakie tylko udało mi się w nim znaleźć. W jednym z takowych natrafiłam na dość pokaźną kolekcję płyt CD, która należała do mojego taty. Na każdej z nich znajdowała się składanka z lubianymi przez niego utworami, z czego większość pochodziła z lat 80. Dosyć szybko udało mi się ogarnąć obsługę zamontowanego w aucie radia i wkrótce zaczęłam spędzać niemal całe popołudnia na słuchaniu muzyki. "Another Day In Paradise" oraz "Send Me An Angel" zapadły mi z tych wszystkich utworów najdłużej w pamięci. Dzisiaj, kiedy ich słucham, zastanawiam się, dlaczego właściwie one? Przecież, to nie są radosne piosenki, których lubią słuchać siedmioletnie dzieci. W zasadzie, gdy przyglądam się teraz mojemu dzieciństwu to jestem w stanie powiedzieć, że zawsze ciągnęło mnie do tego typu smętnych, melancholijnych piosenek. 
   Gorące letnie popołudnia, które spędzałam samotnie na słuchaniu muzyki w aucie taty - i na udawaniu, że jestem królową polskich szos - były moim pierwszym bliższym spotkaniem z muzyką z lat 80. Ile to już lat... 

Radiorama - Aliens
oraz
Alphaville - Jerusalem





   Przez pierwsze lata szkoły podstawowej starałam się jak najskrzętniej odkładać każdy zdobyty grosz, dzięki czemu na początku IV klasy w mojej skarbonce znajdowało się blisko 300 zł (nie doliczam tutaj pieniędzy z Komunii, bowiem zostały już wykorzystane). Tata zasugerował mi, że za taką kwotę mogłabym kupić sobie małą wieżę stereo do mojego pokoju, co uznałam za bardzo dobry pomysł. Postanowiłam więc go poprosić - bo znał się na tym lepiej ode mnie - aby wybrał dla mnie któryś z modeli. Przekazałam mu uzbierane przez siebie pieniądze i wkrótce doczekałam się pięknej, czarnej wieży stereo z Sony. By przetestować jak wczytuje ona płyty, tata przyniósł kilka swoich składanek, które zostawił mi potem do osobistego użytku. Wiele ze zgranych przez niego piosenek słyszałam pierwszy raz w życiu, jak na przykład "Aliens" Radioramy oraz "Jerusalem" Alphaville, które od pierwszych sekund zainteresowały mnie swoimi brzmieniami. Choć obydwa te utwory wywoływały we mnie zupełnie inne uczucia (przy "Aliens" miałam ochotę tańczyć i skakać po całym pokoju, zaś "Jerusalem" bardzo mnie uspokajało, a czasami nawet skłaniało do łez), czułam, że w pewien sposób one do mnie pasują.

Mike Oldfield ft. Maggie Reilly - Moonlight Shadow 


   Początkiem gimnazjum niemal zupełnie przestałam słuchać piosenek z lat 80. Płyty od taty zawieruszyły się gdzieś w odmętach mojej sypialni, przestałam używać wieży na długie miesiące i całkowicie pochłonęło mnie moje nowe hobby. Jedyną piosenką z lat 80, jakiej słuchałam końcem 2011, było "Moonlight Shadow" w wykonaniu Maggie Reily. Słuchałam tej piosenki przez całe Boże Narodzenie, dlatego jak tylko ją słyszę, momentalnie przypomina mi się rodzinna Wigilia i czuję atmosferę tamtych dni. Czysta magia. 

Modern Talking - Atlantis Is Calling (S.O.S. For Love)


   W marcu 2012 roku, w przypływie ogromnej nostalgii, uznałam, iż czas odnaleźć zagubione płyty, które przed kilku laty postanowił oddać mi tata. W tym celu przeszukałam dosłownie cały mój pokój, lecz jak się później okazało, były one w zupełnie innym miejscu. Znalazłam je bowiem w pudełku z nieużywanymi CD, gdzie jak dotąd nigdy nie zdarzyło mi się zaglądnąć. Po odsłuchaniu znalezionych składanek zdziwiłam się, jak wiele znajdujących się na nich piosenek przypadło mi do gustu; zdziwiło mnie to, gdyż wcześniej je pomijałam i nie zwracałam na nie większej uwagi. W ten oto sposób zakochałam się w "Atlantis Is Calling" oraz kilku innych piosenkach  zespołu Modern Talking. 

Fleetwood Mac - Little Lies



   Wakacje 2012- czas, który wspominam zawsze z ogromną nostalgią. Kiedy tylko nastawał wieczór, otwierałam okno na oścież by poczuć chłodny zapach letniego powietrza. Zaświecałam później małą lampkę nocną stojącą na biurku i w tej niezwykłej atmosferze potrafiłam słuchać "Little Lies" całymi wieczorami. Podczas gdy laptop odtwarzał tę piosenkę na nowo, ja leżałam rozmarzona na łóżku i planowałam, jakby tutaj spędzić kolejne dni wakacji. 

Men Without Hats - Safety Dance


   Jest to chyba jedyna prawdziwie radosna piosenka w dzisiejszym zestawieniu... Po raz pierwszy natknęłam się na nią w jednym z montaży Pewdiepie'a, gdy byłam w ostatniej klasie gimnazjum. Wtedy słuchałam tego utworu raczej sporadycznie, lecz teraz robię to niemal codziennie. Nie ma dla mnie lepszej piosenki na poprawę humoru (no, jest jeszcze "Y.M.C.A.", ale przez to że pochodzi z lat 70, nie załapała się do dzisiejszej listy). Gdy tylko mam ochotę tańczyć lub śpiewać, zawsze w pierwszej kolejności słucham "Safety Dance"; żadna inna melodia nie dodaje mi tyle energii, co właśnie ta. 
   PS Teledysk "Safety Dance" to jest jakiś kosmos. Sami się przekonajcie! 

Bronski Beat - Smalltown Boy



   W pewien sposób identyfikuję się z tytułowym "chłopakiem z małego miasta". Sama pochodzę z niewielkiej miejscowości i przez całe liceum czułam, że życie na wsi jest kompletnie nie dla mnie. Zero perspektyw dla osób z moimi zainteresowaniami, a do tego nuda... Po prostu prawie nic ciekawego się tutaj  nie dzieje. Czasami są jakieś koncerty kapel podwórkowych, dożynki, odpusty, ale to tyle. Dla mnie to zdecydowanie za mało; ja muszę czuć, że miejsce gdzie mieszkam, przez cały czas tętni życiem. 
   Może i smalltown boy i ja nie przeżywamy dokładnie takich samych rozterek, ale bardzo rozumiem jego potrzebę wyrwania się z domu. Tak się jakoś złożyło, że odkryłam tę piosenkę niedługo przed rozpoczęciem studiów, czyli w momencie, kiedy miałam przenieść się z rodzinnej miejscowości do zupełnie innego miejsca. W końcu spełniło się moje marzenie- będę mieszkać w dużym mieście, gdzie jest od groma wszelakich możliwości! Dlatego w formie pewnego "hołdu", za każdym razem jak jadę tam autobusem lub pociągiem, zawsze słucham właśnie tego utworu. 

A Flock Of Seagulls - I Ran



   Piosenka, która przypomina mi ostatnie wydarzenia z mojego życia. Słuchałam jej szczególnie często w okresie krakowskich Targów Bożonarodzeniowych, dlatego już jej pierwsze takty przypominają mi chwilę, w której jechałam tramwajem na Plac Wszystkich Świętych i z ekscytacją myślałam o nadchodzących koncertach i o zapalaniu choinki na Rynku. 
   Ten utwór ma coś w sobie. Jego melodia, tekst oraz całe wykonanie zachwycają mnie swoją dbałością oraz ogromną ilością emocji, jakie można odczuć w trakcie słuchania. Co więcej, jest to jedna z niewielu piosenek, której gitarowe solo wprawiają mnie w istny muzyczny trans; tak, solówki to po prostu arcydzieło. Uzależniłam się od "I Ran". Ta piosenka jest tak genialna, że nie da się przejść obok niej obojętnie. 


źródło: https://christmas-new-year-quotes.com

   Tym oto muzycznym postem żegnamy 2017 rok! Mam nadzieję, że wszystkie te miesiące były dla was łaskawe i zaowocowały w wiele ciekawych oraz ważnych dla Was wydarzeń. W moim przypadku był to dosyć burzliwy i męczący okres, gdyż w moim życiu nastąpiło mnóstwo poważnych zmian. Udało mi się zdać maturę, dostałam się na upragnioną uczelnię, przeniosłam się do akademika oraz poznałam całą masę nowych ludzi. Opłacało się jednak przez to wszystko przechodzić, gdyż dzisiaj widzę, ile cennego doświadczenia dała mi każda z tych prób. 
   Życzę wszystkim, aby nadchodzący 2018 rok przyniósł Wam przede wszystkim inspirację do twórczego działania. Rozwijajcie swoje pasje i charaktery lecz uważajcie, aby nie zabłądzić w pogoni za Waszymi pragnieniami. Tego samego życzę i sobie- wesołego, kreatywnego Nowego Roku!

See you
Kamila

PS1 Czy również lubicie słuchać którejś z wymienionych wyżej piosenek? Piszcie 💖
PS2 Jeżeli podobnie jak ja lubicie utwory z dawnych lat, zapraszam Was do zapoznania się z moją playlistą na YT. Jest na niej na razie 80 utworów, jednakże stale poszerzam ją o kolejne piosenki.
UDOSTĘPNIJ TEN POST
Szablon stworzony przez Blokotka. Wszelkie prawa zastrzeżone.