31 grudnia 2017

I love 80s music!

Hejka!
   Nie wiem jak Wy, ale ja nie wyobrażam sobie życia bez muzyki. Oczywiście nie mam przez to na myśli, że uważam się za jakiegoś wielkiego znawcę lub kogoś na kształt muzycznego konesera, bowiem bardzo mi do tego daleko. Trzeba jednak przyznać, że miałam już styczność z twórczością wielu różnorakich artystów i wysłuchałam naprawdę pokaźnej liczby utworów. Nie ważne jednak, czy w danym momencie życia interesowałam się Black Eyed Peas, czy szalałam za piosenkami Muse'u, zawsze znalazłam czas na poświęcenie uwagi muzyce z lat 80. W dzisiejszym - bardzo nostalgicznym - poście, przedstawię Wam kilka moich ulubionych utworów z tamtego okresu oraz opowiem co nieco o wspomnieniach, jakie z nimi wiążę. Nie zwlekając dłużej, zapraszam Was na wspólną podróż w czasie. Jesteście gotowi?

Phil Collins - Another Day In Paradise
oraz
Real Life - Send Me An Angel



   Jako dziecko uwielbiałam odkrywać nowe miejsca do zabawy w obrębie mojego domu, więc gdy znudziły mi się już sypialnia, salon i cała reszta pomieszczeń, postanowiłam zajrzeć do auta mojego taty. Po pozwoleniu ze strony rodziców i po dokładnym poinstruowaniu, co mi wolno ruszać a co nie, kilkuletnia ja zaczęła w pełni cieszyć się swoim nowym miejscem zabaw. Każdego lata, kiedy upał nie pozwalał spędzać zbyt dużo czasu na zewnątrz, podkradałam klucze do chłodnego, zaciemnionego garażu, gdzie czekał już na mnie nasz samochód. Jako, że byłam bardzo ciekawskim dzieckiem, obowiązkowo musiałam przeszukać wszystkie schowki, jakie tylko udało mi się w nim znaleźć. W jednym z takowych natrafiłam na dość pokaźną kolekcję płyt CD, która należała do mojego taty. Na każdej z nich znajdowała się składanka z lubianymi przez niego utworami, z czego większość pochodziła z lat 80. Dosyć szybko udało mi się ogarnąć obsługę zamontowanego w aucie radia i wkrótce zaczęłam spędzać niemal całe popołudnia na słuchaniu muzyki. "Another Day In Paradise" oraz "Send Me An Angel" zapadły mi z tych wszystkich utworów najdłużej w pamięci. Dzisiaj, kiedy ich słucham, zastanawiam się, dlaczego właściwie one? Przecież, to nie są radosne piosenki, których lubią słuchać siedmioletnie dzieci. W zasadzie, gdy przyglądam się teraz mojemu dzieciństwu to jestem w stanie powiedzieć, że zawsze ciągnęło mnie do tego typu smętnych, melancholijnych piosenek. 
   Gorące letnie popołudnia, które spędzałam samotnie na słuchaniu muzyki w aucie taty - i na udawaniu, że jestem królową polskich szos - były moim pierwszym bliższym spotkaniem z muzyką z lat 80. Ile to już lat... 

Radiorama - Aliens
oraz
Alphaville - Jerusalem





   Przez pierwsze lata szkoły podstawowej starałam się jak najskrzętniej odkładać każdy zdobyty grosz, dzięki czemu na początku IV klasy w mojej skarbonce znajdowało się blisko 300 zł (nie doliczam tutaj pieniędzy z Komunii, bowiem zostały już wykorzystane). Tata zasugerował mi, że za taką kwotę mogłabym kupić sobie małą wieżę stereo do mojego pokoju, co uznałam za bardzo dobry pomysł. Postanowiłam więc go poprosić - bo znał się na tym lepiej ode mnie - aby wybrał dla mnie któryś z modeli. Przekazałam mu uzbierane przez siebie pieniądze i wkrótce doczekałam się pięknej, czarnej wieży stereo z Sony. By przetestować jak wczytuje ona płyty, tata przyniósł kilka swoich składanek, które zostawił mi potem do osobistego użytku. Wiele ze zgranych przez niego piosenek słyszałam pierwszy raz w życiu, jak na przykład "Aliens" Radioramy oraz "Jerusalem" Alphaville, które od pierwszych sekund zainteresowały mnie swoimi brzmieniami. Choć obydwa te utwory wywoływały we mnie zupełnie inne uczucia (przy "Aliens" miałam ochotę tańczyć i skakać po całym pokoju, zaś "Jerusalem" bardzo mnie uspokajało, a czasami nawet skłaniało do łez), czułam, że w pewien sposób one do mnie pasują.

Mike Oldfield ft. Maggie Reilly - Moonlight Shadow 


   Początkiem gimnazjum niemal zupełnie przestałam słuchać piosenek z lat 80. Płyty od taty zawieruszyły się gdzieś w odmętach mojej sypialni, przestałam używać wieży na długie miesiące i całkowicie pochłonęło mnie moje nowe hobby. Jedyną piosenką z lat 80, jakiej słuchałam końcem 2011, było "Moonlight Shadow" w wykonaniu Maggie Reily. Słuchałam tej piosenki przez całe Boże Narodzenie, dlatego jak tylko ją słyszę, momentalnie przypomina mi się rodzinna Wigilia i czuję atmosferę tamtych dni. Czysta magia. 

Modern Talking - Atlantis Is Calling (S.O.S. For Love)


   W marcu 2012 roku, w przypływie ogromnej nostalgii, uznałam, iż czas odnaleźć zagubione płyty, które przed kilku laty postanowił oddać mi tata. W tym celu przeszukałam dosłownie cały mój pokój, lecz jak się później okazało, były one w zupełnie innym miejscu. Znalazłam je bowiem w pudełku z nieużywanymi CD, gdzie jak dotąd nigdy nie zdarzyło mi się zaglądnąć. Po odsłuchaniu znalezionych składanek zdziwiłam się, jak wiele znajdujących się na nich piosenek przypadło mi do gustu; zdziwiło mnie to, gdyż wcześniej je pomijałam i nie zwracałam na nie większej uwagi. W ten oto sposób zakochałam się w "Atlantis Is Calling" oraz kilku innych piosenkach  zespołu Modern Talking. 

Fleetwood Mac - Little Lies



   Wakacje 2012- czas, który wspominam zawsze z ogromną nostalgią. Kiedy tylko nastawał wieczór, otwierałam okno na oścież by poczuć chłodny zapach letniego powietrza. Zaświecałam później małą lampkę nocną stojącą na biurku i w tej niezwykłej atmosferze potrafiłam słuchać "Little Lies" całymi wieczorami. Podczas gdy laptop odtwarzał tę piosenkę na nowo, ja leżałam rozmarzona na łóżku i planowałam, jakby tutaj spędzić kolejne dni wakacji. 

Men Without Hats - Safety Dance


   Jest to chyba jedyna prawdziwie radosna piosenka w dzisiejszym zestawieniu... Po raz pierwszy natknęłam się na nią w jednym z montaży Pewdiepie'a, gdy byłam w ostatniej klasie gimnazjum. Wtedy słuchałam tego utworu raczej sporadycznie, lecz teraz robię to niemal codziennie. Nie ma dla mnie lepszej piosenki na poprawę humoru (no, jest jeszcze "Y.M.C.A.", ale przez to że pochodzi z lat 70, nie załapała się do dzisiejszej listy). Gdy tylko mam ochotę tańczyć lub śpiewać, zawsze w pierwszej kolejności słucham "Safety Dance"; żadna inna melodia nie dodaje mi tyle energii, co właśnie ta. 
   PS Teledysk "Safety Dance" to jest jakiś kosmos. Sami się przekonajcie! 

Bronski Beat - Smalltown Boy



   W pewien sposób identyfikuję się z tytułowym "chłopakiem z małego miasta". Sama pochodzę z niewielkiej miejscowości i przez całe liceum czułam, że życie na wsi jest kompletnie nie dla mnie. Zero perspektyw dla osób z moimi zainteresowaniami, a do tego nuda... Po prostu prawie nic ciekawego się tutaj  nie dzieje. Czasami są jakieś koncerty kapel podwórkowych, dożynki, odpusty, ale to tyle. Dla mnie to zdecydowanie za mało; ja muszę czuć, że miejsce gdzie mieszkam, przez cały czas tętni życiem. 
   Może i smalltown boy i ja nie przeżywamy dokładnie takich samych rozterek, ale bardzo rozumiem jego potrzebę wyrwania się z domu. Tak się jakoś złożyło, że odkryłam tę piosenkę niedługo przed rozpoczęciem studiów, czyli w momencie, kiedy miałam przenieść się z rodzinnej miejscowości do zupełnie innego miejsca. W końcu spełniło się moje marzenie- będę mieszkać w dużym mieście, gdzie jest od groma wszelakich możliwości! Dlatego w formie pewnego "hołdu", za każdym razem jak jadę tam autobusem lub pociągiem, zawsze słucham właśnie tego utworu. 

A Flock Of Seagulls - I Ran



   Piosenka, która przypomina mi ostatnie wydarzenia z mojego życia. Słuchałam jej szczególnie często w okresie krakowskich Targów Bożonarodzeniowych, dlatego już jej pierwsze takty przypominają mi chwilę, w której jechałam tramwajem na Plac Wszystkich Świętych i z ekscytacją myślałam o nadchodzących koncertach i o zapalaniu choinki na Rynku. 
   Ten utwór ma coś w sobie. Jego melodia, tekst oraz całe wykonanie zachwycają mnie swoją dbałością oraz ogromną ilością emocji, jakie można odczuć w trakcie słuchania. Co więcej, jest to jedna z niewielu piosenek, której gitarowe solo wprawiają mnie w istny muzyczny trans; tak, solówki to po prostu arcydzieło. Uzależniłam się od "I Ran". Ta piosenka jest tak genialna, że nie da się przejść obok niej obojętnie. 


źródło: https://christmas-new-year-quotes.com

   Tym oto muzycznym postem żegnamy 2017 rok! Mam nadzieję, że wszystkie te miesiące były dla was łaskawe i zaowocowały w wiele ciekawych oraz ważnych dla Was wydarzeń. W moim przypadku był to dosyć burzliwy i męczący okres, gdyż w moim życiu nastąpiło mnóstwo poważnych zmian. Udało mi się zdać maturę, dostałam się na upragnioną uczelnię, przeniosłam się do akademika oraz poznałam całą masę nowych ludzi. Opłacało się jednak przez to wszystko przechodzić, gdyż dzisiaj widzę, ile cennego doświadczenia dała mi każda z tych prób. 
   Życzę wszystkim, aby nadchodzący 2018 rok przyniósł Wam przede wszystkim inspirację do twórczego działania. Rozwijajcie swoje pasje i charaktery lecz uważajcie, aby nie zabłądzić w pogoni za Waszymi pragnieniami. Tego samego życzę i sobie- wesołego, kreatywnego Nowego Roku!

See you
Kamila

PS1 Czy również lubicie słuchać którejś z wymienionych wyżej piosenek? Piszcie 💖
PS2 Jeżeli podobnie jak ja lubicie utwory z dawnych lat, zapraszam Was do zapoznania się z moją playlistą na YT. Jest na niej na razie 80 utworów, jednakże stale poszerzam ją o kolejne piosenki.
UDOSTĘPNIJ TEN POST

26 listopada 2017

Jak zmarnować dobrą historię- recenzja książki pt."Przeklęty grobowiec"

Hejka!
   Czuję się zrobiona w konia. Gdy wypożyczałam pierwszy tom serii "Śledztwa księcia Setny" liczyłam, że czeka mnie naprawdę wciągająca i trzymająca w napięciu lektura. Opis fabuły obiecywał wiele, lecz gdy przyszło do bezpośredniej konfrontacji ja vs. książka zrozumiałam, że miał on tylko częściowo do czynienia z rzeczywistością. Po wygranym pojedynku z nijaką lekturą postanowiłam, że zrelacjonuję Wam, jak wyglądał ten trudny i męczący bój. Zapraszam!


Informacje ogólne
Oryginalny tytuł: La tombe maudite
Tłumaczenie: Monika Szewc-Osiecka
Wydawca: Rebis
Liczba stron: 272
Rok wydania: 2016

   W każdej z recenzji staram się samodzielnie zredagować opis fabuły omawianego dzieła, jednakże tym razem wykorzystam informacje, które znajdują się na odwrocie "Przeklętego grobowca" (czy może raczej na stronie internetowej wydawnictwa, aaale na okładce było akurat dokładnie to samo). 
Miłość, gry pozorów, układy. Pierwsza odsłona intrygi rozgrywającej się w samym sercu starożytnego Egiptu.

Krótko po zwycięstwie sił faraona Ramzesa II w bitwie z Nubijczykami dochodzi do tragedii: z przeklętego grobowca znika największy ze skarbów - zapieczętowany dzban Ozyrysa, w którym zamknięto tajemnicę życia i śmierci. Książę Setna, młodszy syn władcy, jest świetnie wykształconym skrybą i błyskotliwym kapłanem świątyni boga Ptaha. By zniweczyć plany złodzieja, Setna sprzymierza się z młodą, czarującą uzdrowicielką, kapłanką ze świątyni bogini Sechmet, a przy okazji zakochuje się w niej. Sekhet odwzajemnia jego uczucie. Czy ich miłość i wiedza okażą się dość silne, by pokonać działanie złych mocy?

Przeklęty grobowiec nie tylko zaciekawia sensacyjną, wartką fabułą, ale także przenosi czytelnika w tajemniczy i fascynujący, wciąż na nowo odkrywany kraj faraonów. Autor z niezwykłą wręcz precyzją oddaje realia starożytnego Egiptu, w którym światy bogów i ludzi przenikały się w każdej dziedzinie życia, a to, co boskie, było nierozłącznie związane z tym, co ludzkie.
   Przyznajcie sami, że brzmi kusząco; właśnie te informacje skłoniły mnie do sięgnięcia po "Przeklęty grobowiec". Czas jednak, aby przejść do relacji z mojego bezpośredniego starcia  jeden na jeden z tą powieścią. Nastała pora, kiedy wszyscy poznają prawdę na temat mniejszych i większych mankamentów tego utworu (a uwierzcie mi- trochę tego jest). Jeżeli chodzi o zasady, to są one dość trudne do ustalenia. Każda dostrzeżona wada w utworze to cios dla mnie, jako dla czytelnika (czytanie złych książek bywa bolesne, stąd to przeświadczenie), ale również i raz dla książki, gdyż zdemaskowałam pewną jego niedoskonałość. Żebyście jednak nie pogubili się w tym zamęcie, przyjmijmy tę drugą wersję- każda wytknięta wada = cios dla "Przeklętego grobowca"; każda znaleziona zaleta = cios dla mnie. I wszystko jasne!
   Skoro ustaliliśmy już reguły, przejdźmy do tego, na co wszyscy czekacie. Przygotujcie popcorn, bo będzie ostro. Gotowi na rundę pierwszą?

Runda pierwsza
Styl pisania

Fight!

   Już na samym początku, czyli w momencie gdy zabrałam się za pierwszy rozdział, czułam, że coś z tą książką jest nie tak. Wszystko brzmiało w niej dziwnie znajomo, zupełnie jakbym już kiedyś ją czytała. Po kilku stronach zorientowałam się, skąd wzięło się to uczucie. Otóż styl pisania autora boleśnie przypomina mi moje wypociny z czasów początku liceum. Prawy sierpowy! Mamy pierwszy cios ze strony Kamili!  Co mam przez to na myśli? Mianowicie każde ze zdań brzmiało dla mnie tak, jak gdyby autor pisał je pod wpływem przymusu; zupełnie jak ja, gdy musiałam napisać wypracowanie na wyjątkowo trudny i niezrozumiały temat. Żeby wyrazić się jeszcze jaśniej- chodzi mi o to, że prozie autora zupełnie brakuje polotu, a sam jego styl jest wprost toporny.
   Tym, co również szczególnie rzuciło mi się w oczy, są co prawda krótkie, ale bezsensownie szczegółowe opisy, którymi Jacq co jakiś czas raczy czytelnika (czyżby to miała być ta niezwykła precyzja, o której wspominają w opisie fabuły?). Drugi cios! Choć tym razem "Przeklęty grobowiec" był na niego lepiej przygotowany, i tak nie zdołał się przed nim obronić! Dotyczyły one zazwyczaj przeszłości danej postaci, bądź też informacji z danej sfery jej życia. Rozumiem, że skoro autor specjalizuje się w pisaniu prac naukowych i powieści historycznych, będzie chciał zamieścić w "Przeklętym grobowcu" jak najwięcej informacji na temat epoki, w której toczy się akcja. Szkoda jednak, że zrobił to w tak nieumiejętny sposób. Te "wplecione mimochodem" fakty z życia mieszkańców starożytnego Egiptu są dla mnie zbyt nachalne; w prozie Jacq'a brakuje jakiejkolwiek subtelności. 
   Kolejną ważną rzeczą, są wykrzyknienia... "Przeklęty grobowiec" dzielnie znosi kolejny uraz, choć tym razem idzie mu jeszcze gorzej. Jeżeli w tym momencie przyjrzymy się bliżej całej sytuacji, to można śmiało stwierdzić, iż Kamila powoli zdobywa przewagę! Kiedy byłam nieco młodsza (łoj, bo teraz to jestem taaka staaara) przez bardzo długi czas używałam ich gęsto w swoich recenzjach i wypracowaniach; dopiero od jakiegoś czasu staram się z nimi walczyć. Za to Jacq w ogóle się z nimi nie krępuje- rzuca nimi na prawo i lewo, dosłownie w niemal każdym fragmencie. Zapewne miał w tym zamiar nadać swojej historii odrobinę więcej dramaturgii i uzewnętrznić emocje, jakie targały bohaterami, ale ostatecznie uzyskał odwrotny efekt; wiele wydarzeń prezentuje się po prostu komicznie, a bohaterowie zachowywali się momentami jak skończeni histerycy.
   Nierzadko też Jacq ostro przeginał ze swoimi naukowymi skłonnościami, w efekcie czego niektóre fragmenty "Przeklętego grobowca" przypominają bardziej szkolny podręcznik do historii, aniżeli powieść. Pozwólcie, że przytoczę Wam mój ulubiony fragment:
Spośród Nubijczyków nikt nie ocalał, po stronie Egipcjan było trzech zabitych i dziesięciu rannych. Wodzowie plemion, dowiedziawszy się o miażdżącym zwycięstwie Ramzesa, w dowód ostatecznego poddania ofiarowali mu strusie pióra i skóry lampartów. Król ze swej strony zapowiedział im wzniesienie licznych sanktuariów i rozwój ekonomiczny regionu. 
~C.Jacq, Przeklęty grobowiec, Poznań: Dom Wydawniczy Rebis 2016 
   Naprawdę... Naprawdę?
   Proszę Państwa, kolejny celny cios ze strony naszej dzielnej czytelniczki. Ciekaw jestem, czy jej dobra passa utrzyma się do końca starcia. W każdym razie, koniec rundy pierwszej! Wygrywa ją Kamila! 



żródło: C.Jacq, Przeklęty grobowiec,Poznań,: Dom Wydawniczy Rebis 2016

 Runda druga
Bohaterowie

Fight!

   Dawno nie spotkałam nigdzie tak papierowych i jednowymiarowych postaci. Lewy sierpowy! "Przeklęty grobowiec" upada i z trudem powstaje z kolan!  Każdej z nich autor przypisał dwie, góra trzy cechy, czego trzymał się do samego końca tomu. Setna- mądry, ale ciapowaty. Sekhet- piękna, czarująca, zaradna. Ramesu (brat Setny)- młody gniewny. Stary- lubi wino, porządek i jest stary (to nie żart, naprawdę pojawia się tam taka postać). Ponadto, ciężko polubić któregokolwiek z bohaterów, bowiem ich zachowanie jest ciągle takie same; w pewnym momencie staje się to naprawdę irytujące. Sekhet to istna Mary Sue, więc zawsze wszystko jej wychodzi, Setnie również  nigdy nic nie umknie, Ramesu jak zwykle się na nich zdenerwuje, a Stary westchnie :" Ach, miłość, miłość..." i pójdzie się napić wina. Nic specjalnego. 
   Kamila zwycięża kolejną rundę i ma wyraźną przewagę nad przeciwnikiem! "Przeklęty grobowiec" z każdą potyczką coraz bardziej słabnie i nie zapowiada się, aby jego zła passa miała prędko przeminąć. Czy istnieje jednak jakakolwiek szansa na zmianę tej sytuacji? Zostańcie Państwo z nami! 

Runda trzecia
Przebieg akcji i fabuła

Fight!

   Toporny styl, który już wcześniej wytknęłam autorowi, sprawia, że czytelnikowi nie sposób poczuć dramaturgię i magię historii, jaka przedstawiona jest w książce. Nokaut! Proszę Państwa, cóż to za nokaut! "Przeklęty grobowiec" upada i nie podnosi się z podłogi. Kamila jest na prostej drodze do zwycięstwa!  Mimo, iż opisy akcji przesycone są wykrzyknieniami i silnymi emocjami, autorowi nie udaje się wywołać podobnych wrażeń w odbiorcy. Przykładowo- gdy natykałam się na sceny, gdzie dany bohater był na skraju życia i śmierci, nie wywierało to na mnie najmniejszego wrażenia. Swoją drogą, chyba ani razu nie poczułam, że autorowi udało się mnie prawdziwie porwać i wciągnąć w akcję. Co jakiś czas niektóre sceny przykuwały moją uwagę, ale nie czułam wtedy takiego prawdziwego, szczerego zainteresowania. 
   Bardzo nie lubię, gdy akcja w danym utworze toczy się zbyt szybkim tempem. Zgadliście, nie inaczej dzieje się tutaj. SPOILER Wielkie bitwy zajmują z jeden, może dwa rozdziały, para głównych bohaterów przyrzeka sobie dozgonną miłość po dwóch lub trzech spotkaniach i w dosyć młodym wieku zdobywają mądrość od bogów, którym służą. Wydaje mi się, że autor powinien dać trochę więcej czasu na "dojrzenie" każdemu  z tych wątków. KONIEC SPOILERU  
   Muszę jednak przyznać autorowi jedną rzecz, a mianowicie nie najgorzej wychodzą mu zwroty akcji. Szczególnie ten z jednego z ostatnich rozdziałów bardzo mnie zaskoczył. Iii to w zasadzie tyle, jeżeli chodzi o pozytywne cechy tej powieści. O! Nie jest też zbyt długa- kolejna zaleta. Co więcej, jej czcionka jest dosyć spora, więc czytanie idzie całkiem sprawnie. No chyba, że się utknie na którejś ze scen i nie ma się motywacji, aby ponownie sięgnąć po tę powieść, a jest to wysoce prawdopodobne. 
   Cóż to się dzieje? Czyżby nagły zwrot akcji? "Przeklęty grobowiec" doczołguje się do Kamili, ostatkiem sił chwyta ją za nogę i przewraca na ring! Chwileczkę, chwileczkę, to jeszcze nie koniec! Kamila powoli przeciera zakrwawioną twarz i... I... I rzuca się na przeciwnika! Przygniata go do podłogi, nie dając mu tym samym jakichkolwiek szans na ucieczkę. Trwa odliczanie! Jeszcze tylko kilka sekund... Tak! Kamila zwycięża! Proszę Państwa, cóż to była za walka! Gratulacje dla naszej zwyciężczyni! Pokonanie złej lektury to nie lada wyzwanie. Wielkie brawa, Proszę Państwa! 


źródło: wallpaperstock.net

   Uff, jak widzicie, to była naprawdę męcząca walka. Skoro więc czytanie "Przeklętego grobowca" sprawiło mi tyle bólu i zgryzoty, właściwie dlaczego nie postanowiłam przerwać lektury? Będę z Wami szczera- przez cały czas liczyłam, że w końcu uda mi się jakimś sposobem wciągnąć w tę powieść. Kiedy jednak zorientowałam się, że styl autora w nie zapowiada żadnej rychłej zmiany, postanowiłam dokończyć ją z czystej ciekawości. Jednakże trzeba przyznać, że niektóre z fragmentów - zwłaszcza te przedramatyzowane - czytało się z dziwną przyjemnością i satysfakcją; były moimi guilty pleassure po prostu. Czy w takim razie polecam Wam tę książkę? Jeżeli potwornie, ale to tak potwornie Wam się nudzi i nie macie co ze sobą zrobić, czemu nie? Jeżeli jednak szukacie wciągającej, ambitnej lektury, która pozwoli Wam poczuć magię starożytnego Egiptu, lepiej sięgnijcie po inny tytuł. 

Ocena dzieła

Fabuła 2/5
Bohaterowie 2/5
Wykonanie 1/5
Własne odczucie 2/5

Ostateczny wynik 3,5/10

See you
Kamila

PS Jak podoba Wam się ta dość nietypowa forma recenzji? Piszcie :D  
UDOSTĘPNIJ TEN POST

12 listopada 2017

Zdążyć na czas- recenzja filmu pt. "Time Renegades"

Hejka!
   Czas to potężna siła, której żaden ludzki wysiłek nie jest w stanie zatrzymać. Czasami jednak zdarzają się cuda, które pozwalają przekroczyć jego granice i wykorzystać go na własną korzyść. Przeszłość zaczyna mieszać się z przyszłością, a wszelkie bariery stopniowo się zacierają. Chcecie przekonać się na własne oczy, jak to wygląda? Jeżeli tak, zapraszam! 


źródło: watcha.net

Informacje ogólne
Produkcja: Korea Południowa
Czas trwania: 107 min.
Gatunek: thriller, romans, melodramat, fantasy
Rok produkcji: 2016

   Rok 2015. Od dnia, w którym Gun Woo omal nie stracił życia w jednej z policyjnych akcji, każdy jego sen dotyczy pewnego młodego, żyjącego w latach 80 zeszłego wieku, nauczyciela muzyki - Ji Hwana. Wszelkie mające z nim związek wizje zaskakują Guna swoim realizmem, co skłania go do zagłębienia się w życie owego mężczyzny. Jednakże, w pewnym momencie sprawy przybierają niespodziewanie dramatyczny obrót. Gun znajduje bowiem w tajnych aktach informacje dotyczące morderstwa narzeczonej Ji Hwana oraz natyka się na łudząco przypominającą ją kobietę. Jaką rolę odegra ona w tej historii oraz czy za pomocą snów, Gun Woo będzie w stanie pomóc Ji Hwanowi?
   Rok 1983. Po tym jak Ji Hwan cudem przeżył starcie z ulicznym gangsterem, jego sny przybierają kształt cudzych wspomnień. Widzi w nich postać młodego detektywa, który zdaje się żyć w zupełnie innych, odległych czasach. Dzięki Gun Woo - bowiem tak ten mężczyzna ma na imię - Ji Hwan dowiaduje się, iż życiu jego narzeczonej - Yoon Jung - grozi śmiertelne niebezpieczeństwo. Mężczyzna podejmuje śmiałą decyzję i samodzielnie stara się powstrzymać czyhającego na nią mordercę. Czy Ji Hwanowi uda się przeciwstawić przeznaczeniu i zmienić przyszłość na lepsze? I dlaczego akurat Gun Woo pojawia się w jego snach?
   Akcja tego filmu toczy się na dwóch płaszczyznach czasowych, co w niektórych momentach staje się dosyć męczące dla widza. Ten skomplikowany zabieg wymaga od nas maksymalnego skupienia, więc wystarczy jedna chwila nieuwagi, by nagle wszystko stało się niejasne. Przyznam, że i ja straciłam wątek w kilku istotnych momentach, ale wcale nie zabiło to mojej przyjemności z oglądania. Powiem więcej- byłam zachwycona, iż ktoś pokusił się o wykorzystanie mojego ulubionego motywu - motywu czasu - w tak ciekawy sposób. Co prawda temat snów jeszcze bardziej skomplikował fabułę, aczkolwiek uważam to połączenie za wyjątkowo pomysłowe, którego potencjał pomimo pewnych błędów i niejasności, został niemal w pełni wykorzystany.


źródło: twicopy.org

Szczerze mówiąc, plakaty tego filmu są mało zachęcające...

    Mówiąc już o nieścisłościach, chciałabym omówić pokrótce te z nich, które udało mi się dostrzec w trakcie oglądania. Niestety, lecz będę zmuszona je przed Wami ukryć, gdyż są to w większości spoilery, i to w dodatku wyjątkowo chamskie (czyli zdradzające kluczowe informacje na temat bohaterów i przebiegu fabuły). Jeżeli jednak są wśród Was śmiałkowie, którym nie straszne spoilery i ich destrukcyjna moc, to zapraszam do czytania!
   SPOILER Pierwszą rzeczą, która wzbudziła moje wątpliwości, jest kwestia snów Gun Woo. Zdaję sobie sprawę, że jest to motyw fantastyczny i wiele rzeczy nie musi mieć w nim ani logiki ani sensu, jednakże ja chciałabym dojść do sedna tej sprawy. Zacznijmy jednak od początku. W pewnym momencie staje się jasne, iż Gun Woo jest kolejnym wcieleniem Ji Hwana. W jednej z pierwszych scen mowa jest o tym, iż na jakiś czas przed śmiercią, możemy zajrzeć w swoje następne życie, co w przypadku Ji Hwana jak najbardziej może mieć miejsce (nie chcę wyjawiać na ten temat nic więcej, niech to Wam wystarczy). Co jednak z Gun Woo? Właściwie z jakiego powodu zaczyna widzieć swoje poprzednie wcielenie? Wydaje mi się, że twórcy po prostu bardzo chcieli zawrzeć ten motyw w swoim filmie, ale nie udało im się znaleźć dla niego w miarę sensownego wytłumaczenia. 
   Wspomniana w opisie fabuły tajemnicza kobieta z 2015 roku to nikt inny, jak reinkarnacja narzeczonej Ji Hwana- Yoon Jung. Skoro więc wygląda ona niemalże identycznie jak w swoim poprzednim wcieleniu, dlaczego i z głównym bohaterem nie stało się to samo? Nie rozumiem, co zmienia ciągłe ukrywanie faktu, że Gun Woo i Ji Hwan to jedna i ta sama osoba, skoro jest to oczywiste od samego początku. Miało to zapewne dodać aury magii i tajemnicy całej historii, ale wydaje mi się, że i bez tego jest już dostatecznie niesamowita i przepełniona fantastyką. 
   Ostatnia kwestia- jaki był właściwie motyw mordercy? W jednej z ostatnich scen dowiadujemy się, iż zbrodnie były dla niego swoistą formą rozrywki; sprawiały mu przyjemność, więc dlatego postanowił zamordować Yoon Jung. Moim zdaniem jest to zdecydowanie za słaby i niezbyt przekonujący powód do morderstwa. Tak właściwie, dlaczego zabijanie sprawiało mu przyjemność?  Bardzo żałuję, ale twórcy nawet nie starają się odpowiedzieć nam na to pytanie. 
   Znalazłabym jeszcze wiele innych scen, które wzbudziły we mnie mieszane uczucia lub pozostawiły pewien cień wątpliwości, lecz są to już drobnostki, nad którymi nie ma sensu się rozwodzić. Ich wpływ na fabułę jest niewielki, więc lepiej pominę je w moich rozważaniach nad tym filmem. KONIEC SPOILERU


źródła: kt.wowkorea.jp, ytn.co.kr

   Niesamowity klimat tej historii uderzył i urzekł mnie już w pierwszych minutach seansu. Do pewnego stopnia przyczyniły się do tego dopasowana do sytuacji muzyka, płynny ruch kamery, czy chociażby ujęcia przedstawiające rzeczywistość z perspektywy głównego bohatera. Jednakże to wykorzystanie kolorów, przykuło moją uwagę najbardziej. Twórcy stworzyli bardzo wyraźny podział pomiędzy współczesnością a 1983 rokiem, za co chwała im, gdyż uwierzcie mi- momentami nie było trudno o zagubienie się w akcji. W jaki właściwie sposób przedstawiał się ten podział? Gdy przenosimy się do przeszłości, w której spotykamy Ji Hwana, wszystko otulają różne odcienie pomarańczu i sepii. Ciepłe kolory dominują na każdym kroku, co nadaje scenerii sielskości i można w pewien sposób poczuć to ciepło w sobie. Z kolei współczesne czasy nie prezentują się zbyt kolorowo. Zimne, ostre barwy spowijają każdy zakamarek rzeczywistości, w której znajdujemy się wraz z Gunem Woo. Przyznam, że spotkałam się z tym zabiegiem już w wielu innych produkcjach, lecz za każdym razem robi on na mnie ogromne wrażenie. Uwielbiam, gdy kolory w filmie są używane świadomie i w konkretnym celu, tak jak m.in. w "Time Renegades".
   Film łączy w sobie wiele gatunków, lecz nie zauważyłam, aby któryś z nich dominował nad resztą. Raz było bardziej romantycznie, raz bardziej dramatycznie, ale wszystko w odpowiednich proporcjach. Muszę jednak ostrzec osoby wrażliwe na drastyczne widoki. SPOILER Gdy dochodzi do bezpośredniej konfrontacji pomiędzy Ji Hwanem a mordercą, sprawy przybierają naprawdę krwawy i brutalny obrót. KONIEC SPOILERU Dlatego radzę przemyśleć oglądanie tego filmu, jeżeli odrzuca Was widok krwi.
   Z pewnym rozczarowaniem stwierdzam, iż niektóre elementy fabuły "Time Renegades" są do bólu przewidywalne. Jeden z przykładów podałam już w spoilerze na początku wpisu, i nie mam zamiaru podawać ich więcej, chociaż bardzo mnie do tego kusi. Najlepsze w tym wszystkim jest to, że film, o dziwo, potrafi się z tego wybronić. Podam Wam przykład: mimo iż domyślałam się, co wydarzy się w następnym momencie, i tak czułam ogromne zdenerwowanie i ekscytację, czy wszystko potoczy się dobrze. Bardzo możliwe, że było to spowodowane moją sympatią, jaką żywiłam do obydwu głównych bohaterów, gdyż po prosu nie dało się ich nie lubić. Myślę jednak, że chodzi tutaj o budowanie napięcia, z czym twórcy bezbłędnie sobie poradzili.


 źródło: dramaqueen.pl

To jest to, o czym wcześniej wspominałam- kolory wyznaczają granicę

   Nie potrafię przejść obojętnie obok filmów takich, jak ten. "Time Renegades" swoją oryginalną tematyką pobudza wyobraźnię i dostarcza mnóstwa emocji, co sprawia, iż nie można nie zwrócić na niego uwagi. Zakończenie wzruszyło mnie do łez, więc jestem całkowicie pewna, że i Was ono poruszy. Jeżeli interesuje Was tematyka snów, manipulacji czasem czy chociażby reinkarnacja, ten film na pewno przypadnie Wam do gustu. 
   Jeżeli udało mi się zainteresować Was tym filmem, znajdziecie go na TEJ stronie. 

Ocena dzieła

Fabuła 3/5
Bohaterowie 4/5
Wykonanie 4/5
Osobiste odczucie 4/5

Ostateczny wynik 7,5/10

   Proszę o chwilę uwagi! Pragnę podzielić się z Wami pewną ważną informacją. Jak może część z Was zdążyła już zauważyć, jakiś czas temu uruchomiłam facebookowy fanpage mojego bloga. Planuję tam zamieszczać ciekawostki związane z kulturą oraz wszelakimi jej tworami. Przez słowo "twory" możecie rozumieć m.in. mangi i anime, książki oraz dramy. Gorąco zachęcam Was do obserwowania tej strony oraz liczę, że każdy znajdzie tam coś dla siebie.

See you
Kamila
UDOSTĘPNIJ TEN POST
Szablon stworzony przez Blokotka. Wszelkie prawa zastrzeżone.