08 października 2016

Inna rzeczywistość- recenzja dramy pt."W - Two Worlds"

Hejka!
   Jednym z moich najulubieńszych motywów w filmie i literaturze, są podróże między równoległymi światami. Kocham historie, w których główny bohater/bohaterka przedostaje się do odległej rzeczywistości np. za pomocą książki (fani Fushigi Yuugi- łączymy się!) lub innego przedmiotu. Kiedy tylko dowiedziałam się, że drama "W - Two worlds" należy właśnie do tego gatunku, bez większego zastanowienia zabrałam się za oglądanie. Zapraszam! 


Informacje ogólne
Produkcja: Korea Południowa
Ilość odcinków: 16
Gatunek: thriller, romans, dramat, fantasy
Czas emisji: 20.07-22.09.2016 

   Trzydziestoletnia Oh Yeon Joo pracuje w jednym ze szpitali jako kardiochirurg. Pewnego dnia, w tajemniczych okolicznościach, znika jej ojciec- autor słynnego komiksu "W". Stworzona przez niego historia opowiada o losach młodego mężczyzny, który został niesłusznie oskarżony o morderstwo swojej rodziny i teraz stara się odszukać prawdziwego sprawcę tej zbrodni. Podczas przeszukiwania pracowni ojca, Yeon Joo nagle przenosi się w zupełnie inne miejsce; jak się później okazało, do jednej ze scen z komiksu. Kobieta spotyka tam głównego bohatera kryminału - Kang Chula - który znajduje się na skraju życia i śmierci. Po tym jak udaje jej się uratować konającego mężczyznę, Yeon Joo z powrotem pojawia się w pracowni ojca. Jakiś czas później kobieta dowiaduje się, że go grona postaci "W" dołączyła nowa, zagadkowa bohaterka. Yeon Joo przeżywa szok, gdy przekonuje się, że jest nią ona sama. 
   Chyba nie przesadzę ze stwierdzeniem, że fabuła tej dramy to istny majstersztyk! W każdym odcinku dzieje się coś ciekawego, więc nie można się nudzić podczas oglądania. Twórcom udało się idealnie odnaleźć złoty środek pomiędzy romansem a thrillerem, w efekcie czego widz nie powinien doświadczyć uczuć takich jak przesyt lub niedosyt. Każdy, nawet najbardziej skomplikowany wątek miał swoje logiczne uzasadnienie, a historia sama w sobie przebiegała bardzo płynnie, bez zbędnych dłużyzn. Ups! Tutaj niestety muszę lekko spuścić z tonu, gdyż tak jak podczas oglądania całej dramy, wszystkie wątki przedstawiono w jasny i klarowny sposób, tak podczas ostatniego odcinka odniosłam wrażenie, że wiele z nich potraktowano w nieco lekceważący sposób. Nie powiem, mocno mnie to rozczarowało, ale to, jak skończyła para głównych bohaterów zadowoliło mnie na tyle, że jestem w stanie wybaczyć twórcom ten pośpiech, z jakim powstało zakończenie. Gdyby "W" miało jeszcze ten jeden odcinek więcej, wydaje mi się, że wtedy ekipa zdołałaby się ze wszystkim wyrobić. 


Główni bohaterowie w komiksowej wersji

   Pod względem kreacji bohaterów, "W - Two Worlds" wypada całkiem przyzwoicie. Cóż, po oglądnięciu "Cheese in the Trap", gdzie każdy z bohaterów zachwycił mnie swoją indywidualnością i realizmem, spodziewałam się po tej dramie naprawdę wiele. Zostałam zadowolona, lecz oczekiwałam po tak głośnej produkcji zdecydowanie więcej. Najbardziej wiarygodną i zarazem rozbudowaną postacią, był dla mnie ojciec głównej bohaterki- Oh Sung Moo. Wiecznie byłam ciekawa jego motywów, stale mnie zaskakiwał swoimi poczynaniami i ciągle czekałam na jakąś scenę z nim w roli głównej. Zaraz obok głównego bohatera "W", on urzekł mnie najbardziej. 
   Co do samej Oh Yeon Joo, miałam do niej przez dłuższy czas mieszane uczucia. Chociaż z drugiej strony, potrafię sobie wyobrazić co musiała czuć, kiedy wbrew własnej woli została przeniesiona do świata komiksu. Spotkanie człowieka, który istniał dla ciebie dotychczas tylko na papierze, pokonanie barier pomiędzy światami, wspólna ucieczka przed czyhającym na was mordercą- w takich sytuacjach jednak ma się prawo czuć konsternację i niepewność. Kiedy wyobraziłam sobie, że znalazłam się na miejscu Yeon Joo, zrozumiałam jej wahanie i brak pewności w wielu sytuacjach. 
   Jak przystało na koreański romans, nie brakowało tutaj nieco głupawych, sztampowych sytuacji. Pojawiło się wspólne kupowanie ubrań w sklepie, było też gotowanie oraz wiele innych. Chyba nie było tylko zanoszenia głównej bohaterki do domu na barana, kiedy ta była kompletnie pijana. Szkoda, pominąć taki klasyk! 


   "W - Two Worlds" prezentuje się fenomenalnie od strony graficznej. Sceny, w których główni bohaterowie są przedstawiani jako rysunkowe postaci, zostały wykonane z ogromną precyzją i zwracają na siebie uwagę widza. Estetyka w tej dramie jest naprawdę bardzo widoczna. Wszystko było doskonale wykadrowane, nie mogę też nic zarzucić świetnemu montażowi. Odcinki kończyły się w najbardziej emocjonujących momentach, co niewątpliwie zmusiło wielu do oglądnięcia następnych epizodów. Sama przyznam, że ta drama wciągnęła mnie do tego stopnia, że kiedyś oglądnęłam aż 5 odcinków z rzędu (5 godzin oglądania, zarwana nocka i głębokie na kilometr podkowy następnego ranka... ale było warto!). 
   Tak jak spodziewałam się po koreańskiej dramie- aktorzy spisali się na medal. I w tym miejscu kolejny raz muszę nawiązać do postaci ojca głównej bohaterki, gdyż aktor występujący w roli tego bohatera, zachwycił mnie swoją grą. W niektórych momentach wypadał tak przekonująco, że aż brakowało mi słów. Na drugim miejscu umieściłabym Lee Jong Suka, który wcielił się w postać Kang Chula. Świetnie poradził sobie z tą rolą, chociaż muszę powiedzieć, że te jego zalotne uśmieszki skierowane do Yeon Joo, zaczęły mnie w pewnym momencie nieco irytować (potem przerodziło się to w śmiech, bo wyglądał wtedy naprawdę dziwnie, kojarzył mi się trochę z takim Johnnym Bravo XD).  
   Tak jak piosenki z tej dramy średnio przypadły mi do gustu, tak muzyka z tła wprost podbiła moje serce. Różnorodna i dopasowana do sytuacji- od razu zwróciła moją uwagę. Oto mój ulubiony utwór z "W...". Kiedy leciał on w tle wiadomo było, że trzeba przygotować chusteczki. 


   "W - Two Worlds" śmiało może się ubiegać o tytuł dramy roku, gdyż tej produkcji niewiele brakuje do ideału. Każdy odcinek przynosił ze sobą nowe rewelacje i warto poświęcić temu swój czas i uwagę. Jeżeli tak jak ja kochacie historie, które dotyczą innych światów/wymiarów, koniecznie sięgnijcie po tę dramę! 
   Jeżeli zachęciłam was do oglądania, zaglądnijcie na TĘ stronę, gdzie znajdziecie wszystkie odcinki tej dramy. Pamiętajcie tylko, aby się tam zalogować!


Moja ocena 9/10

See you
Kamila
PS Planowałam opublikować ten wpis tydzień temu, ale powstrzymał mnie wyjazd na pielgrzymkę maturzystów na Jasną Górę. Ktoś z was też tam był? 
UDOSTĘPNIJ TEN POST

25 września 2016

Wielka rewia gniotów, czyli najgorsze książki znalezione w bibliotece

Hejka!
   Lubię co jakiś czas wybrać się do biblioteki, by znaleźć sobie coś ciekawego do przeczytania. Zazwyczaj szukam upatrzonych wcześniej tytułów, jednakże raz na jakiś wypożyczam taki, o którym nigdy wcześniej nie słyszałam. Cóż, zwykle kończy się to happy endem dla mnie i dla autora, gdyż jestem mu wdzięczna za te kilka godzin miłej rozrywki. Czasami jednak, zdarza mi się wpaść na książki, które po prostu zostały stworzone, aby znaleźć się na tej liście! Często nawet te, o których słyszałam wcześniej wiele dobrego, okazują się być niczym więcej jak stertą papieru z bełkotem zamiast słów. Zapraszam!

Dziecko Gwiazd: Atlantyda


   Wypożyczyłam tę książkę bez większego zastanowienia; najprawdopodobniej skusił mnie ciekawie brzmiący opis, który znajdował się z tyłu okładki (to było kilka lat temu, więc nie pamiętam już tego dokładnie). Akcja toczy się na mitycznej Atlantydzie, a główną bohaterką tej historii jest nastoletnia Meihna, księżniczka wyspy. Niedługo przed swoimi szesnastymi urodzinami, dziewczyna przez przypadek uwalnia prastarą klątwę, która przyczynia się do śmierci jej ojca oraz innych tragicznych wydarzeń. Meihna dowiaduje się, w jaki sposób przeciwstawić się klątwie i uratować najbliższych. W tym celu wyrusza na nieznane jej dotąd lądy, na których odnajdzie nie tylko wybawienie dla swojej rodziny i ludu, ale także i miłość.
    Sam ogólny zarys fabuły nie prezentuje się najgorzej, jednakże tona niepotrzebnych wątków i brak spójności oraz niesamowicie długie opisy (ah, te opisy przyrody, niczym u Sienkiewicza!) sprawiają, że czytelnik nie potrafi czerpać pełnej przyjemności z czytania tej powieści. Krótko mówiąc- wykonanie leży. Michalina Olszańska pisząc tę książkę miała zaledwie piętnaście lat, więc nie dziwne, że wiele tej historii brakuje. 
   Szczerze mówiąc żałuję, że autorka zmarnowała potencjał "Atlantydy". Jako dziecko zawsze uwielbiałam historie dotyczące tej tajemniczej wyspy i chyba właśnie przez to, wypożyczyłam tę książkę bez żadnego wahania. 

Klejnot Wschodu. Pamiętnik


   Piękna okładka, oparta na faktach historia chińskiej księżniczki, która została japońskim szpiegiem, burzliwy XX wiek- nie trzeba więcej, aby przykuć moją uwagę. Do tego, pierwszy rozdział brzmiał całkiem ciekawie i liczyłam na to, że dalsze pozostaną równie interesujące. Ośmioletnia Klejnot Wschodu - kuzynka ostatniego chińskiego cesarza - zostaje odesłana z Chin do swojej dalekiej rodziny w Tokio, gdzie przyjmuje imię Yoshiko Kawashima. Jako nastolatka, Klejnot Wschodu odkrywa swoją seksualność oraz zamiłowanie do męskich strojów. W pewnym momencie, kobieta zostaje japońskim szpiegiem, co zaważa na jej dalszym życiu. 
   Tak jak już wcześniej wspomniałam, miałam pewne oczekiwania wobec tej książki. Niestety, ale oddałam ją z powrotem do biblioteki po przeczytaniu ok. pięćdziesięciu stron. Scena seksu nastoletniej głównej bohaterki z podstarzałym dziadem - który podobno robił to ze szlachetnych pobudek; chciał ją tylko bezpiecznie wprowadzić w świat dorosłych - całkowicie zniechęciła mnie do czytania. Do dzisiaj mam mdłości, jak myślę o tym fragmencie. Cóż, mam nadzieję, że tyle wam wystarczy, aby nie sięgać po tę książkę. 
   Nie polecam. Kamila B. 

Achaja


   Wiele razy natknęłam się na tę książkę w internecie i zachęcona jej pozytywnymi opiniami, postanowiłam spróbować. Raz nawet zobaczyłam ją po promocji w Empiku i niewiele brakowało, a znalazłaby się na mojej półce. Dzięki Bogu, tamtego dnia miałam mało pieniędzy! Gdyby nie to, na mojej półeczce wygnańców (wiecie, takiej ze złymi książkami XD) byłoby o jedną pozycję więcej.
   Kiedy wypożyczałam tę książkę, byłam święcie przekonana, że w końcu przeczytam jakąś ambitną, fantastyczną powieść. Jakby to powiedzieć- nie tym razem. Achaja - podobnie jak "Klejnot Wchodu" - dobiła mnie swoją wszechobecną seksualnością. Główna bohaterka, jaką jest piękna, utalentowana, cudowna, odważna, śmiała, waleczna, urokliwa (mam wymieniać dalej?), zjawiskowa oraz jedyna w swoim rodzaju księżniczka Achaja (nieoficjalnie- Mary Sue), zostaje oddana na służbę do wojska, gdzie już pierwszego dnia spotyka się z niechęcią ze strony swoich współtowarzyszy. Po przegranej bitwie, dziewczyna zostaje oddana do niewoli i aby przeżyć, wchodzi w układ z dwójką najsilniejszych niewolników - w zamian za usługi seksualne, mają oni chronić ją przed agresją innych i dzielić się z nią zdobytym jedzeniem. Dobry deal, no nie? W międzyczasie toczą się historie innych bohaterów tej powieści. Nie mam pojęcia, czy one się w pewnym momencie ze sobą splatają, gdyż odłożyłam tę książkę po około stu stronach. 
   Nie mogę powiedzieć, wątek zniewolonej księżniczki Achai był najciekawszym ze wszystkich; przy reszcie zasypiałam z nudów. Szkoda tylko, że był on przesycony seksualnością, i to w najgorszym możliwym wydaniu. 
   Nie rozumiem fenomenu "Achai". Nie potrafię dostrzec w tej książce tego, co tak przyciągnęło do niej ludzi. Jak dla mnie jest to nudne fantasy z przesadną ilością erotyzmu. Po prostu strata czasu. 

Madonna jak ja i ty


   Odkryłam książki Barbary Wood w zeszłym roku. Jej "Przeklnij ten dom" zachwycił mnie do tego stopnia, że zaraz po przeczytaniu, MUSIAŁAM sięgnąć po inną powieść jej autorstwa. Mój wybór padł na "Madonna jak ja i ty". Gdybym tylko doczytała opis fabuły dokładniej, zapewne ta książka nie figurowałaby dzisiaj na tej liście. Pamiętam z tego bardzo niewiele, bo odłożyłam tę książkę po zaledwie 20 stronach.
   Na samym początku, głównej bohaterce śni się pewien mężczyzna. Dochodzi pomiędzy nimi do... no wiadomo do czego dochodzi i dziewczyna budzi się zlana potem. Okazało się, że śnił jej się nagi Święty, nie pamiętam już jaki, i jakiś czas później okazuje się, że dziewczyna jest w ciąży. Fizycznie nie może być to możliwe, gdyż jest ona wciąż dziewicą. Niestety, ale nikt nie chce uwierzyć siedemnastolatce, a już zwłaszcza jej rodzice, którzy są gorliwymi wyznawcami Chrystusa. Czyżby w grę wchodziło niepokalane poczęcie? 
   Błagam, no błagam... Nie dziwcie mi się, że tak szybko odłożyłam tę książkę. Przecież tego nie da się brać na poważnie! Gdy przeczytałam, że ten facet z jej snu to był jakiś święty, oczy mi na wierzch niemal nie wypłynęły! Dobrze wam radzę- nie czytajcie tego. Naprawdę nie warto!

Trzy metry nad niebem


   Najlepsze zostawiłam sobie na koniec. 
   "Trzy metry nad niebem" jest to jedna z najgorszych powieści, jaką czytałam w życiu. Główni bohaterowie- dno. Fabuła- dno. Styl pisania- dno. Nie wiem co mnie podkusiło, żeby się za to zabierać. Moja kuzynka ostrzegała mnie, aby w życiu nie sięgać po tę powieść. Niestety, ale mój wrodzony opór wygrał i gdy tylko zobaczyłam tę książkę w mojej szkolnej bibliotece, ochoczo wzięłam ją ze sobą. 
   Główna bohaterka - Babi - jest wybitną uczennicą, a jej bogaci rodzice zapewniają jej bezpieczny i wygodny byt. Pewnego dnia Babi poznaje niebezpiecznego chuligana - Stepa - i jej życie nabiera zupełnie innego tempa. Nielegalne wyścigi na motorach, pijackie imprezy nad basenem o północy oraz seks są czymś, czego Babi próbuje po raz pierwszy w swoim życiu. W wyniku dokonanych przez nią wyborów, dziewczyna stopniowo odsuwa się od swoich rodziców, a nieobliczalny Step jeszcze bardziej miesza w jej życiu. Czy taka znajomość może się dla niej dobrze skończyć? 
   Nie potrafię pojąć tego, co główna bohaterka zobaczyła w tak prostackim i niebezpiecznym zboczeńcu, jakim był Step. W ogóle, bardzo nie podoba mi się obecnie promowany w kulturze typ związku pomiędzy kobietą a mężczyzną- płomienny i nieobliczalny. Niestety, ale tego typu historie mocno przemawiają do spragnionych miłości nastolatek i po przeczytaniu takiej książki mogą mieć naprawdę chore wyobrażenie, jak powinna wyglądać prawdziwa więź pomiędzy zakochanymi! Zdaję sobie sprawę, że czasami dochodzi do kłótni w związku, ale żeby tak często i żeby były one tak bolesne? Głupota... 
   Styl, jakim jest napisana ta powieść, jest wręcz żałosny. Serio, jeszcze nigdy nie widziałam takiego potwora literackiego! Narracja w trzeciej osobie liczby pojedynczej w połączeniu z czasem teraźniejszym. Podam kilka przykładów, dla lepszego zobrazowania problemu: "Babi myje włosy" lub "Babi bierze torbę i biegnie szybko w kierunku szkoły" (nie są to cytaty z książki, nie mam jej aktualnie przy sobie, więc ich nie podam, no ale mniej więcej tak to wyglądało). Może trochę z tym przesadzam, ale osobiście bardzo zwracam uwagę na takie rzeczy (może to jakieś zboczenie? w końcu jestem na humanie).
   Ogrom postaci, które występują w jednej scenie i nie sposób ich spamiętać, głupota głównej bohaterki, jeszcze większa głupota głównego bohatera- to wszystko i wiele innych rzeczy przyczyniły się do tego, że z całego serca nienawidzę "Trzy metry nad niebem". Z tego wszystkiego, aż mi ciśnienie skoczyło. Chyba pójdę po melisę...


Albo zieleń z tego obrazka mnie uspokoi!

   Czy mieliście styczność z którąś z tych książek? Jeżeli tak, czy również nie przypadły wam one do gustu? Czekam na wasze odpowiedzi w komentarzach!

See you
Kamila
PS Normalnie nie czepiam się tak tych wątków seksualnych (po prostu w tych książkach zostały one beznadziejnie przedstawione), bo zauważyłam, że przy niemal każdej książce na tej liście, miałam do nich jakieś wątpliwości.  
UDOSTĘPNIJ TEN POST

17 września 2016

Piekło za życia- recenzja książki pt."Porwana i sprzedana"

Hejka!
   Nigdy nie przepadałam za powieściami napisanymi w pierwszej osobie l.p . Uważałam, iż nie mam wtedy możliwości lepszego poznania drugoplanowych bohaterów, a sam styl wypowiedzi zawsze kojarzył mi się z tanimi romansami dla nastolatek. Między innymi z tego powodu, nigdy nie mogłam przekonać się do autobiografii. Dopiero w zeszłym roku udało mi się na nie otworzyć i wiecie co? Dzisiaj są jednym z moich ulubionych gatunków książkowych. Do czego zmierzam? Otóż podczas moich ostatnich odwiedzin w bibliotece natrafiłam na wyjątkowo ciekawą autobiografię. W ostatnim czasie przeczytałam ich wiele, jednakże czuję, że ta jest wyjątkowa. Dzisiaj opowiem wam historię pewnej Brytyjki, której życie pokazuje, że wcale nie trzeba być martwym, aby znaleźć się w piekle. Zapraszam!


Okładka książki

Informacje ogólne
Oryginalny tytuł: Slave girl
Tłumaczenie: Ewa Ratajczyk
Wydawca: Amber
Liczba stron: 278
Rok wydania: 2013

   Bezwarunkowa miłość obojga rodziców jest tym, czego dziecko potrzebuje najbardziej. Co jednak, jeśli dziecko jest molestowane i gwałcone przez własnego ojca, a matka nie ma o tym najmniejszego pojęcia? Sarah nie potrafi sobie przypomnieć, kiedy zaczął się koszmar, jaki zgotował jej ojciec. Wie tylko, że miał  on katastrofalne skutki w jej dalszym życiu. Jej młodość składała się na uciekanie przed agresywnym ojcem, bycie gwałconą w ośrodku poprawczym, aborcji oraz na stracie najbliższych. Los się do niej uśmiechnął dopiero, kiedy udało jej się ukończyć kursy opieki nad dziećmi i otrzymać odpowiednie kwalifikacje. Dzięki znalezionemu w gazecie ogłoszeniu, Sarah wyrusza do Holandii gdzie ma zostać opiekunką. Wszystko jednak okazuje się być pułapką. Kobieta zostaje porwana i przewieziona do Dzielnicy Czerwonych Latarni w Amsterdamie, gdzie ma pracować jako prostytutka. Życie Sarah zamienia się w koszmar. Narkotyki, wyuzdany seks oraz gwałty stają się jej codziennością. Po pół roku tkwienia w piekle, udaje jej się w końcu z niego uciec.
   Kiedy czytałam tę książkę, ciągle miałam wrażenie, jakby było w niej sporo przekłamań. Jak w życiu jednej kobiety może się zdarzyć tyle zła i cierpienia? A jednak, te wszystkie wydarzenia naprawdę miały miejsce, co jest dla mnie wręcz niewyobrażalne. 
   Sarah w swojej autobiografii przytacza nie tylko historie z jej trudnego dzieciństwa, porwanie do Dzielnicy Czerwonych Latarni, ale i trudną drogę do odzyskania godnego życia. Wyrwanie się ze szponów nałogu i odbudowanie jej nadszarpniętych więzi z rodziną zajęły Sarah bardzo dużo czasu. Dzisiaj kobieta stara się funkcjonować jak każdy normalny człowiek, ale ucieczka od bolesnych wspomnień jest niemalże niemożliwa. Podziwiam ją za to, że pomimo tylu krzywd doznanych w życiu, nie chciała ze sobą skończyć (przynajmniej nie przyznała się do tego w książce). Chyba nie potrafiłabym żyć z takim ciężarem i uczuciem brudu... 
   

Sarah Forsyth

   Pomimo tego, że historia przedstawiona w tej autobiografii szokuje, nie dało się nie zauważyć nieco przeciętnego stylu, jakim została ona napisana. Co tak bardzo zwróciło w niej moją uwagę? Zaraz wam powiem. Czy było to aż tak dostrzegalne? Było. Czy już domyślacie się, o co mi chodzi? Mam nadzieję.
   Teraz już na poważnie. Te ciągle pojawiające się pytania i odpowiedzi na nie autorki, w pewnym momencie zaczęły mnie denerwować. Nie było rozdziału, aby coś takiego nie przewinęło się w którymś z akapitów. Cóż, nie oczekuję od autora/autorki autobiografii niesamowicie wyszukanego i oryginalnego stylu. Jedyne na czym mi zależy, to aby był on estetyczny i w miarę bogaty. Tutaj niestety trochę mi tego zabrakło. 
    Czymś, co mnie szczególnie przeraziło w całej tej historii, był opis sposobu funkcjonowania Dzielnicy Czerwonych Latarni w Amsterdamie. Większość policji jest tam przekupiona i przymykają oni oczy na to, co dzieje się w tej okolicy. Nielegalny handel prostytutkami kwitnie, a większość kobiet pracujących w domach publicznych, zostało do nich porwanych lub zaciągniętych siłą. Oto jak autorka opisuje tę dzielnicę:

   Były tu co najmniej trzy kluby, prezentujące seks na żywo, dziesiątki sklepów porno, kin z seksem i kawiarni z narkotykami, jeden z najbardziej ekskluzywnych burdeli na świecie - ekskluzywny ze względu na cenę - i więcej niż pięćset wystawionych na widok publiczny prostytutek w ponad trzystu pięćdziesięciu oświetlonych neonami witrynach. 


Jeden z domów publicznych w D.C.L. w Amsterdamie

   Piekło- to słowo mówi wszystko. Filmy pornograficzne przedstawiające gwałcone dzieci i mordowane prostytutki, stręczyciele stojący ponad władzami miasta, dziewczyny z całego świata porywane do Dzielnicy Czerwonych Latarni- codzienność Amsterdamu. 
   "Porwana i sprzedana" jest jak dotychczas najtrudniejszą książką, przez jaką przebrnęłam. Jeszcze nigdy nie byłam tak zszokowana i przerażona podczas czytania. Kiedy wyobrażam sobie, że znalazłam się na miejscu Sarah, od razu przechodzą po mnie dreszcze. Jak można tak żyć? Jak można zgotować innemu człowiekowi taki los? Jakim trzeba być potworem, aby zmusić kogoś do prostytucji? 
   Autobiografia Sarah Forsyth nie należy do łatwych i przyjemnych lektur. Momentami musiałam przerwać na chwilę czytanie, aby nieco ochłonąć i uspokoić rozdygotane nerwy. Ta książka dobitnie pokazuje, że w świecie jest o wiele więcej zła, niż nam wszystkim się wydaje...

Moja ocena 8/10

See you
Kamila
PS Nie wiedziałam jak odmieniać imię Sarah, więc przepraszam, jeżeli popełniłam błąd nie odmieniając go wcale. Wciąż się uczę :D 
UDOSTĘPNIJ TEN POST
Szablon stworzony przez Blokotka. Wszelkie prawa zastrzeżone.