30 grudnia 2016

Druga szansa- recenzja filmu pt."The Silenced"

Hejka!
   Niektóre filmy należy obejrzeć co najmniej dwa razy, aby np. lepiej zrozumieć poszczególne elementy fabuły, lub by poczuć klimat historii. Kiedy kilka miesięcy temu oglądnęłam film pt."The Silenced", nie wywarł on na mnie dobrego wrażenia. Postanowiłam jednak dać mu drugą szansę i przekonałam się, że było warto! Zapraszam!


Informacje ogólne
Produkcja: Korea Południowa
Czas trwania: 99 min.
Gatunek: dramat, horror, fantasy, tajemnice
Rok produkcji: 2015

   Po tym, jak w 1910 roku, Korea została formalnie zaanektowana przez Japonię, obowiązkami każdego Koreańczyka stały się znajomość języka japońskiego oraz respektowanie nowych władz. W 1938 roku, do zamkniętej szkoły żeńskiej trafia Joo-Ran Cha, nazywana także swoim japońskim imieniem- Shizuko. Nastolatka już pierwszego dnia pobytu spotyka się z brakiem akceptacji ze strony rówieśniczek, a to wszystko za sprawą jej choroby oraz... imienia. Jakiś czas wcześniej, jedna z najlepszych uczennic - Shizuko - zniknęła w tajemniczych okolicznościach ze szkoły, z czym wciąż nie mogą pogodzić się jej najbliższe przyjaciółki. Jedynie Yeon Duk nie ulega presji koleżanek i postanawia zbliżyć się do Joo-Ran. Dziewczęta szybko odnajdują między sobą nić porozumienia, jednakże gdy zaczyna ginąć coraz więcej uczennic i tylko Joo-Ran wie, w jaki sposób one zniknęły, Yeon Duk lekceważy jej słowa i niespodziewanie odsuwa się od przyjaciółki. W pewnym momencie dziewczęta poznają powód, dla jakiego zniknęły ich rówieśniczki, a Yeon Duk wyznaje przerażającą prawdę na temat swojej dawnej przyjaciółki- Shizuko. 
   Aby zrozumieć realia, jakie przedstawiono w tym filmie, musiałam podać wam na początku opisu fabuły kilka informacji, dotyczących tamtego okresu w historii Korei. Kiedy po raz pierwszy oglądałam ten film, cięgle zastanawiałam się, dlaczego jego bohaterki raz używały języka koreańskiego, a po chwili przechodziły na japoński. Dlatego, aby oszczędzić wam podobnej konsternacji podczas oglądania, postanowiłam zaserwować wam krótkie przypomnienie z historii Azji. Swoją drogą, polecam wam zapoznać się z tematem ludności, która zamieszkiwała tereny okupowane przez Japończyków. W pewnym momencie można dojść do wniosku, że to, co działo się w "The Silenced" mogłyby mieć miejsce w rzeczywistości. Oczywiście nie wyglądałoby to dokładnie tak jak w filmie, ale byłoby wielce prawdopodobne. 


Joo-Ran oraz dyrektorka szkoły

   Kiedy oglądnęłam ten film pierwszy raz, uznałam go za kompletną porażkę. Klimat wydawał mi się nijaki, fabuła nudna i przeciętna, nie wspominając już o licznych dziurach, które muszę przyznać, są widoczne i to nawet dla średnio spostrzegawczego widza. O jakich dziurach mowa? Najczęściej dotyczyły one kwestii typu: skąd dany bohater wiedział, że w tym a tym miejscu spotka inną postać? Sama końcówka filmu też jest niejasna. Wolałabym, aby przedstawiono widzowi, jak akcja potoczyła się dalej. SPOILER Kiedy cała szkoła zostaje zniszczona, czy ktoś jakoś reaguje w tej sprawie? Co się stało z ocalałymi uczennicami? Właśnie to, chciałabym wiedzieć. KONIEC SPOILERU.
    Nie wiem, czym była spowodowana moja niechęć do tej produkcji. Najprawdopodobniej, wtedy gdy ją oglądałam, nie byłam w humorze na horrory i stąd ta moja niepochlebna opinia. W każdy razie, kilka dni temu naszła mnie ochota na film z dreszczykiem i przypomniałam sobie o "The Silenced". Jejku, byłam wręcz urzeczona! Czułam się, jakbym miała do czynienia z tą historią pierwszy raz. Dziury fabularne wciąż raziły mnie po oczach, jednakże akcja wydała mi się o wiele bardziej wciągająca, a klimat? Za sam klimat dałabym 10/10. Muzyka, ubiory postaci, wystroje wnętrz oraz lokacje- wszystko to idealnie się ze sobą komponowało i dało naprawdę wspaniały efekt. Udało mi się poczuć tę atmosferę dawnych szkół dla dziewcząt oraz, nawet jeśli znałam już cały przebieg fabuły, czułam ciągłe napięcie podczas oglądania i nie mogłam oderwać się od ekranu. 


Yeon-Duk

   Moimi ulubionymi elementami w tym filmie były zdecydowanie barwne lokacje oraz muzyka. Przy recenzowaniu filmu pt. "Real" (recenzję znajdziecie TUTAJ) zdradziłam wam, że uwielbiam opuszczone miejsca, ruiny oraz stare budynki. Jeżeli, tak jak w moim przypadku, zwraca to waszą uwagę, znajdziecie pełno takich elementów w "The Silenced". Co do muzyki, to bardzo żałuję, ale niestety nie wstawię tutaj żadnego z utworów z OST, gdyż nie udało mi się ich znaleźć na YT. Jednakże uwierzcie mi- gdyby nie one, ten film straciłby swoją magię. 
   Podczas oglądania "The Silenced", zwróciłam szczególną uwagę na aktorkę Park Bo-Young, która wcieliła się tutaj w postać Joo-Ran. Inną produkcją, gdzie przypadła jej rola głównej bohaterki, jest zrecenzowany przeze mnie "A Werewolf Boy". Gra aktorska Bo-Young nie cechuje się co prawda zbytnią pasją oraz w moim odczuciu jest dosyć przeciętna, jednakże to, co przykuło mój wzrok, jest jej niebywała uroda oraz delikatność, z jaką się porusza. Naprawdę, dla samej Park Bo-Young mogłabym oglądnąć jakąkolwiek dramę. 



Wspólna sypialnia dziewcząt

   Bardzo żałuję, że miałam dotychczas tak złe zdanie na temat tego filmu. Cieszę się, że postanowiłam go oglądnąć kolejny raz i ostatecznie udało mi się dostrzec jego urok. Mam nadzieję, że tak jak i mnie, urzeknie was jego klimat oraz będziecie chętnie do niego powracać. 
   Film jest dostępny na TEJ stronie. Aby go jednak obejrzeć, musicie być na niej zalogowani!

Moja ocena 7,5/10

See you
Kamila
UDOSTĘPNIJ TEN POST

18 grudnia 2016

Próba wytrwałości- recenzja książki pt."Za kwietnymi polami"

Hejka!
   Wiek XIX był dla Japonii przełomowym okresem. Po ponad 200 latach izolacji, kraj w końcu otworzył się na wpływy obcych kultur i doszło do całkowitej transformacji państwa. W owym okresie, zaczęła się budzić w kobietach chęć niezależności i zdobycia wykształcenia. Jedną z największych prekursorek ruchu na rzecz kobiet w Japonii była Ginko Ogino- pierwsza tamtejsza lekarka. Pragnę przedstawić wam dzisiaj biografię tej niesamowitej Japonki. Zapraszam!


Informacje ogólne
Oryginalny tytuł: Beyond the Blossoming Fields
Tłumaczenie: Ludwik Stawowy
Wydawca: Prószyński i S-ka
Liczba stron: 327
Rok wydania: 2009

    W XIX wieku życie kobiet prezentowało się zupełnie inaczej niż dzisiaj. Ginko Ogino już od najmłodszych lat musiała podporządkować się woli rodziców i żyć zgodnie z zasadami panującymi w jej rodzie. Niedługo po tym, jak została wydana za mąż w wieku szesnastu lat, zaraziła się od swojego małżonka rzeżączką. Osłabiona chorobą i pokryta wstydem oraz hańbą, dziewczyna wraca po dwóch latach do rodzinnego domu i żąda natychmiastowego rozwodu. Rodzina próbuje odwieść Ginko od tej decyzji, gdyż w owych czasach bycie kobietą po rozwodzie równało się z wieczną samotnością i byciem wykluczoną ze społeczeństwa. Dziewczyna za nic ma przestrogi bliskich, gdyż po tym, co zrobił jej mąż, już nigdy nie chce związać się z żadnym mężczyzną, a życie w samotności uważa za skuteczną ucieczkę przed plotkami na temat jej choroby. 
   Gdy stan Ginko nie ulega poprawie, dziewczyna zostaje wysłana do jednego z najlepszych szpitali w Tokio, gdzie pierwszy raz spotyka się z zachodnimi sposobami leczenia. Jeden z nich zakładał dokładne zbadanie chorego miejsca u pacjenta, co nie było nigdy szerzej stosowane w znanej dotychczas medycynie wschodniej. Moment, w którym Ginko musi rozebrać się przy grupie medyków i dać im zbadać jej chore narządy, staje się jej największą życiową traumą. Upokorzenie, z jakim musiała się zmierzyć Ginko, przeradza się wkrótce w nienawiść. Dziewczyna przez bardzo długi czas nie może się pogodzić z tym, że to właśnie mężczyźni muszą zajmować się takimi wstydliwymi chorobami, a nie mają do tego prawa kobiety. W pewnym momencie w jej życiu następuje przełom, bowiem w Ginko rodzi się pragnienie zostania pierwszą lekarką w Japonii. 
   Szlachetność celu zachęca dziewczynę do nauki, jednakże na swojej drodze spotyka ją wiele przeszkód, a są nimi: dyskryminacja ze strony mężczyzn, brak wsparcia części rodziny oraz niewystarczająca ilość pieniędzy na najpilniejsze potrzeby. Ostatecznie po wielu latach ciężkiej pracyi wyrzeczeń, w 1885 roku Ginko otrzymuje dyplom upoważniający ją do uprawiana zawodu lekarza. Swoim czynem pokazała całej Japonii, iż skończyła się już era, w której jedynymi zajęciami kobiet, były opieka nad dziećmi i domem. Zakończyła się era, w które kobiety nie miały prawa głosu. 


Fotografia Ginko Ogino

     Jestem naprawdę pełna podziwu dla determinacji Ginko. Niemal wszyscy rzucali jej kłody pod nogi i utrudniali dojście do sukcesu, a to wszystko za sprawą mentalności japońskiego społeczeństwa. Gdyby nie ta nieliczna grupka osób, które wspierały ją finansowo oraz wstawiały się za nią u państwowych urzędników, świat nigdy nie usłyszałby o jej wielkim dokonaniu. Jedyne do czego miałam zastrzeżenia podczas czytania, to fakt, iż przez bardzo długi czas motorem napędowym Ginko była nienawiść do mężczyzn. Sama kiedyś uważałam, że gniew i złość mogą wpłynąć na naszą chęć działania, ale nienawiść nie jest stabilną podstawą. Ten ogień, który nagle w Tobie zapłonie, szybko się wypala. Dlatego cieszę się, że w pewnym momencie Ginko przyznaje się do tego błędu. Nienawiść nigdy nie jest dobra, pamiętajcie o tym. 
   Przyznam, że byłam bardzo zaskoczona tym, jaki stosunek mieli do Ginko mężczyźni, którzy uczęszczali razem z nią do Szkoły Medycznej Kojuin. Ja rozumiem, że kobieta nie miała prawa bytu w takiej placówce i chciano się jej stamtąd jak najszybciej pozbyć, ale to, co oni tam wyrabiali, przeszło wszelkie moje oczekiwania! Ci "mężczyźni" (w sumie bardziej pasuje tutaj określenie "osobniki płci męskiej") zachowywali się przy niej gorzej niż napalone zwierzęta- wyzywali ją, obrażali publicznie oraz zaczepiali na każdy możliwy sposób. Kiedy to czytałam pomyślałam sobie, że oni zachowywali się gorzej niż jakieś gimbusy! Ja wiem, że w niektórych gimnazjach zdarzają się naprawdę dziwne przypadki, ale u mnie na przykład nie pisano po ścianach ubikacji, że ktośtam ma okres albo nie próbowano nikogo zgwałcić za szkołą... Cóż... A wiecie, co w tym wszystkim było najlepsze? To, że jej nauczyciel kompletnie nie potępiał ich zachowania. Ciemnota totalna! 


Grób Ginko Ogino

   Pomimo dosyć trudnej tematyki, jaką podejmuje ta książka, jest ona jak najbardziej warta przeczytania. Żałuję jednak, że w momencie, gdy Ginko zdobywa ten upragniony dyplom i otwiera swoją klinikę w Tokio, emocje opadają i historia traci swoje dotychczasowe tempo. Gdy czytałam o przeszkodach, jakim musiała stawić czoło Ginko, czułam przejęcie oraz ciągle zastanawiałam się, jak uda jej się dość do sukcesu. W momencie, kiedy wszystko zaczęło iść gładko i kobieta stała się jedną z najsłynniejszych osób w Japonii, moje zainteresowanie historią stopniowo spadało, aby zatrzymać się na poziomie "No fajnie, fajnie... To ile jeszcze do końca?". Jednakże tym z was, którym nie przeszkadza brak wartkiej akcji i kultura Japonii jest bliska sercu, ta książka powinna przypaść do gustu. 

Moja ocena 7/10

See you
Kamila
PS Przepraszam, że piszę teraz co dwa tygodnie, a nie tak jak wcześniej, czyli co tydzień. Związane jest to z brakiem czasu i przygotowaniem do matury. Wybaczcie i życzcie mi powodzenia :D 
UDOSTĘPNIJ TEN POST

03 grudnia 2016

Moje ulubione endingi anime

Hejka!
    W dzisiejszym wpisie czeka na was kolejna porcja muzyki, gdyż postanowiłam powrócić do tematu piosenek z anime. Tym razem jednak, wezmę pod lupę moje ulubione endingi. Zapraszam!

Soul Eater- ending 3


   Piosenka z tego endingu jest kompletnie nie w moim stylu i sama jestem zaskoczona tym, że tak chętnie do niej powracam. Widać natrafiłam na swego rodzaju perełkę.
   Podobnie jak w przypadku openingów z tej serii, bardzo podoba mi się sposób, w jaki przedstawiono tutaj główną bohaterkę - Makę Albarn. Dziewczyna nie boi się żadnego niebezpieczeństwa, jest silna i gotowa do walki, czym zawsze ogromnie mi imponuje. Eh... Gdyby tylko było więcej takich bohaterek w anime...

Ouran High School Host Club


   Szczerze- to outro ma jedną z najlepszych piosenek, jaką kiedykolwiek słyszałam. Jest ona dokładnie w moim guście- lekka, rockowa i przede wszystkim wpadająca w ucho. Powodem, dla którego ten ending znajduje się dopiero na przedostatnim miejscu tego notowania, jest dosyć przeciętna animacja. Niby jest ona tematyczna, ale chyba po tak świetnym anime oczekiwałam czegoś więcej. 

Akatsuki no Yona


   Na samym początku niezbyt przepadałam za wykorzystanym tutaj utworem; dopiero po pewnym czasie udało mi się do niego przekonać. Animacja też mogłaby być nieco bogatsza, ale i tak nie jest najgorzej. Podobają mi się za to ostatnie sceny, kiedy pojawiają się podobizny bohaterów. O matko, ale oni tam świetnie wyglądają! Zwłaszcza ostatnia scena z główną bohaterką jest niesamowita! Uwielbiam to jej odważne spojrzenie.
PS Cy ktoś coś wie na temat kontynuacji tego anime? Bardzo chętnie bym je oglądnęła. 

Death Note


   Nie wiem dlaczego, ale wyjątkowo bawią mnie momenty, w których jednemu z bohaterów tego anime dzwoni nagle telefon i jako dzwonek ma ustawiony akurat ten utwór. Jeżeli moje życie byłoby serialem, to jego aktualnym endingiem byłoby "Sugar Cube" Porcelain and the Tramps. A jak jest z wami? 

Paradise Kiss


   Należę chyba do tej mniejszości, która od najbardziej kultowego tytułu Ai Yazawy - "Nany" - woli jej mniej znaną serię, a mianowicie "Paradise Kiss". Klimat zespołów rockowo-metalowych średnio przypadł mi do gustu; o wiele lepiej wczułam się w atmosferę świata mody. 
   Gdyby nie opening "Higashi no Eden", nie poznałabym tak szybko zespołu Oasis, a dzięki endingowi "Paradise Kiss", zaczęłam słuchać grupy Franz Ferdinand. Oglądanie anime pozwoliło mi poznać naprawdę wiele ciekawych piosenek oraz twórców i mam nadzieję, że z czasem pojawi się ich jeszcze więcej. 
Fushigi Yuugi


   Jejku... Kiedy słyszę pierwsze nuty piosenki "Tokimeki no Doukasen", momentalnie przypomina mi się Boże Narodzenie 2011 i czasy pierwszej klasy gimnazjum. Szczerze mówiąc, był to chyba najlepszy rok szkolny w całym moim życiu- do żadnego innego tak chętnie nie wracam. 
   Nadal mam w swojej biblioteczce mangę "Fushigi Yuugi" i co jakiś czas sięgam po nią przed snem. Endingu słucham raczej sporadycznie ponieważ boję się, że gdy zacznę robić to zbyt często, straci on swój urok. Jednak mam do niego naprawdę ogromną nostalgię. 

Hanasakeru Seishounen


   Jestem właśnie w trakcie oglądania tego anime i muszę przyznać, że jestem bardzo pozytywnie zaskoczona. Po opisie fabuły spodziewałam się najgorszego, naprawdę: młoda (zaledwie czternastoletnia) dziewczyna z bogatego domu, w ramach układu zawartego z ojcem, poznaje trzech różnych mężczyzn, z których jeden z nich ma w przyszłości zostać jej mężem. Yyy... To brzmi moim zdaniem naprawdę sztampowo, ale gdy zacznie się to oglądać, to wszystko nabiera zupełnie innego wydźwięku. Ta historia jest ogromnie rozbudowana, a jej główna bohaterka wcale nie jest zadufaną w sobie córeczką tatusia, za jaką wcześniej ją uważałam. Pozory mylą! 
   Wykorzystany do tego endingu utwór jest idealny na karaoke- bardzo łatwo i przyjemnie się go śpiewa. Chyba dodam go na playlistę, która jest na blogu. Może ktoś się skusi na śpiewanie w przerwie od czytania XD

Nana


   Uwielbiam tę piosenkę- jest taka melancholijna i spokojna. Lubię jej posłuchać, kiedy jestem w odpowiednim nastroju. Z tego co mówiła mi moja przyjaciółka, to naprawdę pasuje ona do klimatu całego anime. Niestety, ale ja odpadłam po kilku odcinkach, ale wierzę jej na słowo. 

Bokura ga Ita


   Pamiętam, jak oglądnęłam "Bokura ga Ita" w niemal jeden wieczór! Pomimo okropnej kreski i mocno schematycznej budowy całej fabuły (jejku, ten schemat typowego shoujo momentami aż raził w oczy), gorąco polecam wam ten tytuł. Chyba jego największym plusem jest to, że ukazano w nim młodzieńczą miłość w naprawdę autentyczny, może i czasami okrutny, sposób. Pod tym jednym względem, to anime może śmiało konkurować z wieloma historiami jousei. Co do samego outro- no po prostu finezja! 


Honorable mentions:

InuYasha- ending 4


   Ile wspomnień! Lata mijają, poznaję coraz to nowe produkcje, ale jak dotąd nie natknęłam się jeszcze na ending, który spodobałby mi się bardziej, od tego. Uwielbiam głos wokalistki, która go śpiewa, a oprawa graficzna też jest niczego sobie (tak nawiasem mówiąc, jedna z piosenek tej artystki, a mianowicie "Duvet", jest openingiem anime "Serial Experiments Lain"). Uwielbiam "InuYashę" pod niemal każdym względem, jednakże to właśnie jego romantyczna strona, której klimat idealnie oddaje ten ending, jest mi zdecydowanie najbliższa. 


Bardzo podoba mi się ten obrazek :D 

   Czy znacie któryś z tych endingów? Czy znalazł się może wśród nich wasz ulubiony? Czekam na komentarze.

See you
Kamila
UDOSTĘPNIJ TEN POST

19 listopada 2016

Moje ulubione openingi anime

Hejo!
   Bardzo lubię filmiki lub posty, w których ktoś przedstawia swoje ulubione openingi z różnych anime. Zawsze wtedy jestem ciekawa, czy mamy podobne gusta oraz czy znam wymienione przez tę osobę tytuły. Po dłuższym namyśle uznałam, że czas abym i ja przygotowała podobny wpis. Zapraszam!

Sailor Moon


   Dosyć rzadko powracam do tego openingu, bo za każdym razem jak go słyszę, mam ochotę się rozpłakać. "Sailor Moon" jest jednym z moich pierwszych anime i mam do niego ogromny sentyment! Do dzisiaj pamiętam, jak TV4 puszczało końcem 2011 roku odcinki pierwszej serii tego anime (byłam wtedy w pierwszej gimnazjum, cudowne czasy). Gdy tylko się o tym dowiedziałam, zaraz powywieszałam po całym domu ogłoszenia, że rezerwuję sobie telewizor w godzinach, kiedy będą to emitować XD 

Soul Eater- opening 1 i 2



   Pod względem muzycznym, moim faworytem jest tutaj pierwszy opening, zaś od strony wizualnej lepiej prezentuje się ten drugi. Oglądałam "Soul Eater'a", kiedy chodziłam do drugiej gimnazjum. Pamiętam, że ze wszystkich postaci, najbardziej imponowała mi Maka Albarn. Kiedy oglądałam ten pierwszy opening, bardzo spodobał mi się sposób, w jaki została tam przedstawiona- jako silna i pewna siebie dziewczyna. W zasadzie nawet dzisiaj robi to na mnie ogromne wrażenie.

Noragami i Noragami Aragoto



   Obydwa te openingi są świetne, zarówno pod względem graficznym jak i muzycznym. Jednakże ze względu na sentymenty, bardziej podoba mi się ten pierwszy. Swoją drogą, obydwa sezony tego anime idealnie sprawdziły się u mnie jako środki antystresowe. Pierwszy z nich oglądnęłam niemal w całości, gdy denerwowałam się przed pójściem do nowej szkoły, do liceum. A drugi, dzień przed półmetkiem. Przydałoby się, żeby wyszedł kolejny sezon, gdzieś tak zaraz przed moją maturą XD

Tokyo Ghoul


   Nigdy nie oglądałam tego anime i raczej nie zamierzam się za nie zabrać- nie moja tematyka. Muszę jednak przyznać, że ten opening jest wprost fenomenalny. Ta gitara na napisach tytułowych! No po prostu cudo! 

Ergo Proxy


   Kiedyś bardzo zainteresowało mnie to anime, ale dałam sobie z nim spokój po oglądnięciu zaledwie połowy pierwszego odcinka. Klimat tej historii był, jak dla mnie, zbyt mroczny i przytłaczający (ale dla fanów gatunku, pozycja obowiązkowa!), jednakże opening spodobał mi się już za pierwszym razem. Chyba najbardziej lubię w nim to, że jego piosenka jest śpiewana po angielsku. Serio, nieco przejadły mi się te wszystkie japońskie utwory i gdy pierwszy raz usłyszałam ten opening pomyślałam sobie: "Noooo, w końcu coś nowego!". 

Princess Tutu


   Ależ ten opening jest słodki! Darzę go sporym sentymentem i podobnie jak w przypadku intra "Sailor Moon"- za każdym razem jak je słyszę, czuję łzy pod powiekami. Wokal Ritsuko Okazaki jest tutaj niesamowicie melancholijny i idealnie pasuje do romantycznego klimatu "Princess Tutu". Z ręką na sercu mogę powiedzieć, że ta produkcja na pewno przypadnie do gustu fanom słodko-gorzkich historii.

InuYasha- opening 1


   Jejku, ale nostalgia... To anime kojarzy mi się z jednym z najpiękniejszych okresów w moim życiu i dlatego znalazło szczególne miejsce w moim sercu. "InuYasha" przypomina mi czasy pierwszej klasy gimnazjum, kiedy to dopiero zaczęłam raczkować jako Otaku. Pamiętam, jak zgrałam sobie na telefon piosenkę z tego intra i słuchałam jej całymi dniami. Do dzisiaj znam jej tekst na pamięć. 

Juuni Kokki


   Ten opening zachwyca. Nie przesadzam- on jest po prostu niesamowity. Idealnie oddaje atmosferę całego anime oraz w dość nietypowy sposób przedstawia jej bohaterów i elementy świata, w którym toczy się akcja. Szkoda, że tak wspaniałe anime (moje ulubione, nawiasem mówiąc) nigdy nie zyskało tak dużego rozgłosu jak np."Noragami". Jeszcze nigdy nie oglądałam tak dojrzałej i wiarygodnej historii.... Gorąco polecam. Kamila B. 

Serial Experiments Lain


   Choć "Serial Experiments Lain" nie należy do mojego ulubionego gatunku, darzę to anime ogromną sympatią i często powracam zarówno do jego odcinków, jak i do openingu. Tak jak już kiedyś napisałam w jednej z części cyklu "Zapomniane anime", Lain jest dla mnie jedną z najciekawszych bohaterek, z jaką kiedykolwiek miałam styczność. Uwielbiam to jej przenikliwe spojrzenie, które zostało szczególnie podkreślone w intrze. Enjoy!

Honorable mentions :

Higashi no Eden


   Nadszedł czas na punkt kulminacyjny dzisiejszego wpisu. Panie i panowie, oto mój najulubieńszy opening! Po raz pierwszy usłyszałam go w którymś z filmików typu "Anime opening quiz" i dosłownie od razu przypadł mi do gustu. Dzisiaj, piosenka z tego intra należy do moich ulubionych utworów (tuż obok "Map of the Problematique" Muse'u) i słucham jej niemal każdego dnia. Cóż, gdyby nie ten opening, nie odkryłabym tak szybko zespołu Oasis i nie polubiłabym niektórych ich piosenek.
   Oglądając ten opening pierwszy raz, kompletnie nie mogłam się połapać, o co w nim chodziło. Dopiero po obejrzeniu anime dostrzegłam, że każdy pojawiający się w nim symbol i słowo, mają konkretne znaczenie i nawiązują do fabuły całej serii. Anime samo w sobie było dobre, ale twórcy zmarnowali jego potencjał. Szkoda, ale o tyle dobrze, że opening wyszedł im fenomenalnie!


Tak muzycznie :) 

   Mam nadzieję, że podobała wam się moja lista. Czy wy też opublikowaliście kiedyś podobny wpis? Jeżeli tak, to chętnie na niego zerknę. 

See you
Kamila

UDOSTĘPNIJ TEN POST

06 listopada 2016

Współczesna baśń- recenzja filmu pt." A Werewolf Boy"

Hejka!
   Czy lubicie filmy inspirowane baśniami? Ja osobiście jestem ich wielką fanką. Ktoś mógłby powiedzieć, że takim produkcjom brakuje oryginalności, ale moim zdaniem, nowe interpretacje zawsze wnoszą coś świeżego i ubogacają starą, dobrze znaną wszystkim historię. Film, o którym dzisiaj wam co nieco opowiem, można śmiało nazwać współczesną wersją "Pięknej i Bestii". Zapraszam!


Informacje ogólne
Produkcja: Korea Południowa
Czas trwania: 125 min.
Gatunek: fantasy, romans, dramat
Rok produkcji: 2012

   Lata 60 XX-tego wieku. Do małej, zamieszkanej przez zaledwie kilka rodzin wioski, wprowadza się nastoletnia Suni wraz z matką i młodszą siostrą. Choroba płuc nie pozwala dziewczynie na naukę w szkole, przez co ta wiecznie czuje się wyobcowana w większym towarzystwie, a jej marzenie o zostaniu nauczycielką, może nigdy nie doczekać się spełnienia. Podczas pierwszej nocy w nowym domu, nastolatka słyszy dziwne dźwięki dochodzące z szopy obok. Następnego dnia, nieopodal owego budynku, znajduje zaniedbanego chłopaka, który zachowuje się niczym dzikie zwierzę. Rodzina Suni podejmuje się opieki nad sierotą, co niezbyt podoba się zazdrosnemu Ji Tae, synowi współpracownika zmarłego ojca dziewczyny. Matka nastolatki nadaje chłopakowi imię Cheol Su, a sama Suni powoli uczy go podstawowych czynności, takich jak jedzenie pałeczkami czy wiązanie butów. Para dosyć szybko zbliża się do siebie, jednakże gdy Ji Tae odkrywa drugie, okrutne oblicze chłopaka, postanawia wykorzystać ten fakt do zemsty za odebranie mu jego jedynej miłości- Suni. Cheol Su wkrótce staje się ofiarą oszustw i kłamstw, jednakże nastolatka nigdy nie przestaje wierzyć w jego niewinność. 
   Czy ten opis nie przypominał wam odrobinę fabuły "Pięknej i Bestii"? Mądra dziewczyna poznaje niebezpiecznego, dzikiego chłopaka, który dotychczas żył w ukryciu i nikt nie zna jego pochodzenia. Dziewczyna wkrótce zaczyna dostrzegać jego zalety i postanawia nauczyć go podstawowych, życiowych rzeczy. Chłopak zakochuje się w niej bez pamięci i pragnie zrobić wszystko, byleby tylko dać jej szczęście i miłość. Gotów jest także ochronić ją za cenę swojego życia, przed aroganckim i przebiegłym oszustem. 
   Już podczas pierwszych minut filmu dostrzegłam, że ta historia jest dla mnie dziwnie znajoma. Nawet nie wiecie, jaka byłam pozytywnie zaskoczona, kiedy zorientowałam się, co ona mi przypominała. "Piękna i Bestia" jest jednym z moich najulubieńszych romansów i zawsze chętnie do niego powracam. Zobaczyć tę historię w innej, nieco mroczniejszej wersji, było dla mnie nie lada gratką. Zastanawiam się jednak, czy tylko dla mnie to nawiązanie jest aż takie oczywiste. Nie spotkałam się nigdzie z komentarzami, który potwierdzałyby moje przypuszczenia. Cóż, może ja po prostu myślę innymi kategoriami niż reszta, albo to było takie oczywiste, że nie trzeba nawet tego pisać?
   Ciekawostka- w jednej ze scen, główna bohaterka śpiewa piosenkę, w której pojawiają się słowa "Dziękuję, wymarzony książę, że mnie znalazłeś". Przypadek?


   Skoro postawiłam już tezę, że ta produkcja bardzo mocno bazuje na fabule "Pięknej i Bestii" , to muszę też powiedzieć, że część bohaterów filmu jest bardzo podobna do tych z baśni. Suni jest inteligentna i ambitna, zupełnie niczym Bella. Cheol Su z kolei, na samym początku jest agresywny i nieokrzesany i dopiero pod wpływem dziewczyny zmienia się jego zachowanie. A co do Ji Tae, to zachowuje się on dosłownie jak disneyowski Gaston, z tą jedną różnicą, że nie może się on pochwalić Suni ogromnymi bicepsami. 
   Bardzo zżyłam się z bohaterami tej historii. Moją sympatię zyskały nawet postacie z drugiego planu. Jednak szczególnie przywiązałam się do głównego bohatera- był w pewnych momentach taki zagubiony i uroczy, że sama chciałabym go przygarnąć. Do tego, zagrał go jeden z moich ulubionych aktorów - Song Joong Ki - za co twórcy mają ode mnie ogromnego plusa!
   Mówiąc już o Song Joong Ki- jego gra aktorska powaliła mnie na kolana. Świetnie poradził sobie z rolą Cheola; wypadł w niej bardzo naturalnie i wiarygodnie. Podobnie było z resztą obsady- nie zawiodłam się na nich. Spore emocje wzbudziła we mnie także gra aktora, który wcielił się w postać Ji Tae. Gość tak przekonująco wypadł jako skończony debil i buc, że miałam ochotę walnąć poduszką w ekran laptopa. Serio, dawno nikt mnie tak nie zdenerwował! 


   Efekty specjalne były chyba najsłabszym elementem tego filmu. Wyglądały one bardzo przeciętnie. Ci aktorzy latający z przesadną prędkością na linkach! Ta trzęsąca się na wszystkie strony kamera w dramatycznych momentach (jakbym nie wiedziała, że mam się w tym momencie bać)! No błagam... Charakteryzacja też pozostawia wiele do życzenia. Gdy postać Cheola po raz pierwszy pojawiła się na ekranie, ubrany był w łachmany i jego wygląd dobitnie świadczył o tym, że minęło bardzo dużo czasu od jego ostatniej kąpieli. Gdy zobaczyłam zbliżenie na jego twarz i na te połamane, czarne od brudu paznokcie, załamałam się. Charakteryzator albo nie przyłożył się zbytnio do pracy, albo korzystał z bardzo tanich materiałów, bo wyglądało to boleśnie nieprofesjonalnie. Podobnie było w scenach, gdzie Cheol pokazywał swoją twarz wilkołaka. Wyglądało to bardziej jak jakiś strój na Halloween!
   Twórcom świetnie udało się oddać tajemniczy i romantyczny klimat tej historii, inaczej jednak było z przedstawieniem ówczesnych realiów. Akcja toczy się w latach 60, ewentualnie na pograniczu z latami 70, co twórcy mogli lepiej wykorzystać przy charakteryzacji postaci, czy aranżacji domu głównej bohaterki. Brakowało mi klimatu tamtych lat. Brakowało mi drobnych wzmianek o rozwijającej się wtedy pop-kulturze (UWAGA SPOILER w scenie, kiedy główna bohaterka przebrała Cheola za dziewczynę mogła przebrać go za jaką popularną wtedy gwiazdę, moim zdaniem wyglądałoby to ciekawiej KONIEC SPOILERU). Jedynymi elementami, świadczącymi o tym, że akcja nie toczy się w XXI wieku, są stare sprzęty elektroniczne czy chociażby fragment audycji radiowej, w którym mowa była o rozwoju komunizmu w niektórych krajach.  


   Dosyć przeciętne wykonanie wcale nie sprawia, że ten film od razu można spisać na straty. Losy pary głównych bohaterów ogromnie wzruszają i poruszają serce. Dawno tak dobrze nie bawiłam się podczas oglądania jakiejkolwiek produkcji. Ba! Dawno tak dobrze nie wczułam się w główną bohaterkę jakiejkolwiek historii!
  "A Werewolf Boy" zawiera w sobie wszystko to, co uwielbiam- dużo tajemnic, słodko-gorzki romans, elementy humorystyczne oraz niesamowite ciepło, które czuje się przez niemal cały film. Jeżeli urzekła was baśń o Pięknej i Bestii, ta produkcja również powinna przypaść wam do gustu. 
   Film dostępny jest na TEJ stronie. Aby go jednak obejrzeć, musicie być na niej zalogowani! 

Moja ocena 8,5/10

See you
Kamila
UDOSTĘPNIJ TEN POST

31 października 2016

Babeczkowa wyliczanka

Hejka!
   Jako ogromna fanka romansów przyznaję się, że z każdym nowym tytułem przybywa mi coraz więcej postaci do kategorii "mąż". Nie uważam tego za coś wstydliwego. Wiem, że wiele innych dziewczyn też tak robi i że można to w pewnych granicach uznać za normę. W dzisiejszym Tagu przedstawię wam kilka moich ulubionych "mężów", a nominowała mnie Sunny Snowflake. Postanowiłam, iż do każdego punktu przypiszę dwie postaci- jedną z książki, a drugą z mangi/anime. Zapraszam!

Warstwa pierwsza
Ciasto



   Ciasto jest podstawą babeczki, więc opowiem wam o moich pierwszych książkowo-animowych zauroczeniach. W "Skrzydłach Laurel" zachwycona byłam postacią Tamaniego- tajemniczego wróżka, który od dzieciństwa był zauroczony w głównej bohaterce. Z wyglądu podobno był bardzo przystojny, chociaż nie wiem, czy spodobałby mi się ktoś z zielonymi włosami... Bardziej zaimponowało mi jego zachowanie- zawsze był gotowy obronić Laurel przed niebezpieczeństwem. Nawet jeżeli często zachowywał się jak typowy podrywacz, był zdecydowanie moją ulubioną postacią tej serii. 
   "Tokyo Mew Mew" było moim pierwszym anime (nie liczę tych oglądanych w telewizji jak "Pokemon" czy "Naruto"), a Ryou Shirogane jednym z moich pierwszych "mężów". Bardzo tajemniczy, skryty, arogancki i zbyt pewny siebie- coś czuję, że dzisiaj nie zrobiłby na mnie tak dobrego wrażenia, jak kiedyś. W każdym razie, mam do tej postaci duży sentyment, a samo anime stanowiło początek mojej drogi do bycia Otaku. 

Warstwa druga
Bita śmietana



   Bita śmietana zachwyca swoją delikatnością i lekką nutą słodyczy, podobnie jak Tabit z "Księgi Portali" i Riken z "Otome Youkai Zakuro". Oboje są bardzo spokojnymi, rozważnymi  i stanowczymi mężczyznami, a w kontaktach z kobietami zawsze zachowują spory dystans. Bardzo rzadko ubierają swoje myśli w słowa, przez co mogą wyjść na zamkniętych w sobie, a nawet gburowatych. Jeżeli jednak pozna się ich lepiej, jeżeli dopuszczą kogoś do swojego wnętrza, to oddają tej osobie całe swoje ciepło i uwagę. Dla wybranki swojego serca gotowi są poświęcić wszystko, nawet i własne życie. Bardzo lubię ten typ mężczyzn nie tylko w literaturze/anime, ale i w prawdziwym życiu. Imponuje mi ich dojrzałość i odpowiedzialność. Przy kimś tak wiernym i opanowanym zawsze można czuć się bezpiecznie. 

Warstwa trzecia
Lukier



   Lukier jest istotnym elementem babeczki, ale jeżeli będzie go za dużo, to nasz wypiek może nam nie posmakować. Podobnie jak w smakołykach, trzeba bardzo uważać, aby nie nadużyć lukru w słowach. Postaciami, które zdecydowanie przesadzają z flirtowaniem i powinny zacząć szanować nieco cudzą przestrzeń osobistą (dla mnie jest to bardzo istotne; nie lubię jak ktoś mnie obłapia przy każdym spotkaniu :v) są Xav Benedict ze "Znajdę Cię, Crystal" i Tamaki Suou z "Ouran High School Host Club". Z jednej strony bardzo lubię tych bohaterów- są zabawni, serdeczni no i nie można się z nimi nudzić. Gdybym jednak spotkała kogoś podobnego w rzeczywistości i gdyby ktoś taki próbował uwieść mnie sposobem "na księcia" (czytaj- zachowuj się jak pan i władca całego świata; jakby każda dziewczyna nie mogła ci się oprzeć), to raczej nie zdobyłby moich względów. W sumie jedyną rzeczą, jaką by wyniósł z naszej rozmowy, byłby spuchnięty policzek. 

Warstwa czwarta
Posypka



   Posypka jest na samym początku twarda i często spada na ubrania, co raczej nie uatrakcyjnia nam jedzenia. Jednakże w pewnym momencie zaczynamy czuć jej słodki smak, a urocze chrupanie tylko zachęca nas, by sięgnąć po następnego gryza. Postaciami, które dopiero po pewnym czasie pokazały swoją drugą, lepszą stronę, są Varen z "Nevermore: Kruk" oraz Fakir z anime "Princess Tutu". Na samym początku oboje zachowywali się arogancko wobec głównych bohaterek i kompletnie nie zwracali na nie uwagi. Skupieni na własnych sprawach nawet nie zauważyli, kiedy zaczęli czuć do nich coś więcej. Dopiero kiedy nabrali do nich wystarczająco dużo zaufania, powoli otworzyli przed nimi swoje spustoszone gniewem i smutkiem serca. Okazuje się, że pod maską nonszalancji i zuchwalstwa, kryją się wrażliwe i bezbronne dusze. 
   Osobiście, Fakir jest tutaj moim faworytem. Chciałabym jeszcze raz oglądnąć "Princess Tutu", ale jest to tak smutna historia, że boję się, że znowu złamałaby mi serce. 

Warstwa piąta
Wisienka



   Tutaj postanowiłam podejść do tematu nieco inaczej i zamiast opowiedzieć wam o moich najulubieńszych bohaterach, powiem wam, co myślę o tych "zbyt idealnych". Pierwszym z nich jest Dhiren z "Klątwy Tygrysa". Pomijając fakt, że cała ta książką jest jedną wielką pomyłką, a w skali odmóżdżenia powinna otrzymać 8/10 spalonych neuronów, główny bohater jest idealny aż do bólu. Podobnie jest z Zenem z "Akagami no Shirayukihime". Oboje są gotowi zrobić wszystko dla swoich ukochanych, a do tego są niesamowicie przystojni, odważni, uroczy, romantyczni, pomysłowi, niezłomni, odpowiedzialni (to nie wszystko, tego jest więcej!), zabawni, silni, hojni, wierni, prawdomówni, zręczni (pewnie pozostałość po homo habilis), ambitni, inteligentni, a dobraaa. Nie chce mi się już wymieniać. Na koniec tylko dodam, że oboje są książętami...
    Może i twórcy próbowali czasami pokazać słabe strony tych postaci, ale moim zdaniem i tak im to nie wyszło. Bardzo lubię, kiedy główny bohater jest przedstawiony jako zwykły człowiek, który zmaga się na co dzień ze swoimi słabościami. Dobra postać to jest taka, która nie jest idealna, ale swoimi wadami nie zraża do siebie widza/ czytelnika. Taka jest przynajmniej moja opinia. 


Tradycyjnie obrazek na koniec :)

   Czy znacie któregoś z przedstawionych przeze mnie bohaterów? Jeżeli tak, to co o nich sądzicie? 
   Jeżeli zainteresował was ten Tag, to bardzo serdecznie was do niego zachęcam. W końcu nie ma nic przyjemniejszego, niż pisanie o swoich "mężach" :D 

See you
Kamila
UDOSTĘPNIJ TEN POST

15 października 2016

Książki mojego dzieciństwa cz.2

Hejka!
   Po dogłębnym przeszukaniu internetu oraz kilkukrotnych odwiedzinach w pobliskiej bibliotece, w końcu udało mi się skompletować kolejną listę dziesięciu książek, które uwielbiałam jako dziecko. Ten wpis jest kontynuacją spisu, który rozpoczęłam rok temu, a link do niego znajdziecie TUTAJ. Zapraszam!

Matylda


   Uwielbiam książki Roalda Dahla, a już w szczególności "Matyldę". Przeczytałam ją kilka razy i zawsze potrafiłam odnaleźć w tej historii coś nowego; coś, czego nie potrafiłam dostrzec wcześniej. Kiedy byłam w VI klasie podstawówki, udało mi się namówić jedną z moich koleżanek, aby sięgnęła po tę powieść. W sumie był to jedyny raz, kiedy udało mi się zachęcić ją do czytania (od zawsze nie lubiła czytać). Cóż, dobrze chociaż, że padło na "Matyldę", a nie na popularny wtedy "Zmierzch". 
   Kiedy czytałam tę książkę jako dziecko, kompletnie tego nie zauważałam, ale dzisiaj jako nieco dojrzalsza osoba widzę, jak rodzice skrzywdzili Matyldę i jak trudne było jej życie. Już od najwcześniejszych lat rodzice zapominali o potrzebach swojej córki, a już szczególnie zaniedbali jej rozwój i edukację. Roadl Dahl bardzo wyolbrzymił wiele sytuacji i ukazał je tak, jak postrzegałoby je dziecko, przez co nawet taki ludzki dramat wydawał mi się niczym szczególnym, nie potrafiłam go po prostu dostrzec. Warto przeczytać tę książkę mając nawet więcej niż 18 lat, gdyż zawarta w niej mądrość jest adresowana do ludzi w każdym wieku. 

Nowe przygody Mikołajka


   O istnieniu tej książki przypomniałam sobie w momencie, gdy na jednej z lekcji języka polskiego, nasz pan zakomunikował nam, że oglądniemy jeden z jego ulubionych filmów- "Mikołajka" (w sumie nie było to tak dawno, bo rok temu w grudniu, jak byłam w II liceum). Sam film był dla mnie majstersztykiem komedii rodzinnej, więc postanowiłam odświeżyć sobie nieco historię tego małego łobuza. Pierwszy raz wypożyczyłam tę książkę, gdy chodziłam do III klasy szkoły podstawowej. Przeczytałam ją wtedy niemal jednym tchem, co było sporym wyczynem jak na dziesięciolatkę, gdyż ta książka liczy sobie 640 stron. Z tego co pamiętam, jakiś czas po oddaniu znowu ją wypożyczyłam. Chyba musiałam ją naprawdę lubić.
   W wielu sytuacjach stosunki panujące w rodzinie Mikołajka wydały mi się nieco patologiczne (ciągłe kłótnie i krzyki, no przynajmniej dla mnie nie jest to normalne), ale i tak jest to świetna komedia, przy której można bardzo miło spędzić czas. Moim zdaniem, jest to idealna książka na prezent. 

Morska przygoda Nim


   Kiedy poprosiłam mojego tatę, aby kupił mi tę książkę, nie miałam wtedy pojęcia, że jest to kontynuacja "Wyspy Nim". Gdyby nie informacja z tyłu okładki, że jest to drugi tom, w życiu bym się nie zorientowała. Przyznam, że na początku trochę gubiłam się w fabule, ale szybko o tym zapomniałam, ponieważ bardzo wciągnęła mnie akcja i byłam ciekawa dalszych przygód Nim. Gdy byłam już w gimnazjum sięgnęłam po pierwszą część tej serii i doszłam do wniosku, że kontynuacja znacznie bardziej przypadła mi do gustu. Może to być też związane z tym, że tego typu historie nie są już interesujące, kiedy masz naście lat. Mimo wszystko gorąco polecam- młodsi czytelnicy będą zachwyceni!

Mila Grom i skarb Bagiennego Zamku


   Jedna z pierwszych książek z motywem podróżowania do przeszłości, z jaką miałam styczność. Czytałam ją dosyć dawno i jedyne co pamiętam, to że wydawała mi się ona niesamowicie tajemnicza i przerażająca (to chyba przez taką jedną scenę w lochach; do dzisiaj jak o niej myślę to czuję wewnętrzny niepokój). W mojej biblioteczce posiadam inny tom przygód Mili Grom, jednakże to ten o wiele bardziej przypadł mi do gustu. Żałuję, że nie wydano w Polsce wszystkich książek z tej serii. Kupiłabym z czystej ciekawości. 

Miasteczko z piekła rodem


   Przeczytałam niemal wszystkie tomy tego cyklu, a "Po nitce do kłębka" był moim ulubionym. Uwielbiałam (i w sumie do dziś uwielbiam) sposób, w jaki autor przedstawił wszystkie te historie, a zwłaszcza to, jak budował w nich napięcie. Serio, nigdy się tak nie bałam podczas czytania! Główni bohaterowie tej serii doświadczali dziwnych zjawisk, które miały bardzo widoczny, paranormalny charakter. Na końcu zawsze okazywało się, że wszystko to, co im się przydarzyło, było tylko i wyłącznie projekcją ich umysłu, zwyczajną ułudą. Do dzisiaj nie mogę pojąć, jak autorowi udało się na to wszystko wpaść! Cóż, najprawdopodobniej gdybym przeczytała którąś z tych książek dzisiaj, nie wydałyby mi się one takie zaskakujące, dlatego wolę już do nich nie powracać. Nie chcę zniszczyć tego niesamowitego wrażenia, jakie pozostawiła po sobie ta seria.

Fantastyczna Kraina Pana Myszyna


   Przeczytałam tę książkę podczas jednego z nocowań u mojej kuzynki. Pamiętam, że główny bohater - Pan Myszyn - podróżował pomiędzy różnymi krainami i za każdym razem kiedy do jakiejś wkraczał, pojawiała się osobna kartka z rysunkiem bramy. Kiedy się potarło fragment takiej kartki, można było poczuć jakiś zapach. Co pewien czas pojawiały się też ciekawe zagadki, których rozwiązania znajdowały się z tyłu książki. Niestety, ale nie pamiętam zbyt wiele z fabuły; z takich randomowych rzeczy kojarzę tylko to, że zapachem Krainy Krasnoludów były truskawki. Posiadam wiele miłych wspomnień związanych z tą książką, chociaż prawie całkowicie nie pamiętam, o czym ona była. Mimo wszystko postanowiłam umieścić ją na dzisiejszej liście. Może ktoś z was pamięta z niej więcej niż ja? 

Ali Baba i czterdziestu zbójców


   Moja mama czytała mi tę książkę na noc. Wydaje mi się, że została w niej zawarta cała historia dotycząca Ali Baby, gdyż była ona bardzo szczegółowa, Nie zabrakło też okrutnych scen z rozbójnikami (do dzisiaj nie podobają mi się te sceny, nadal wydają mi się brutalne). Moim zdaniem jest to tytuł, który polubią nie tylko dzieci, ale i dorośli. W końcu "Baśnie tysiąca i jednej nocy" nie są tylko dla najmłodszych. 

Detektyw Zuzia na tropie


   Gdy miałam dwanaście lat uwielbiałam tę serię. "Zuzia i skarb katedry" była pierwszą książką z tego cyklu, jaką przeczytałam. Nie ukrywam, chciałam być później jak główna bohaterka- sprytna, mądra, spostrzegawcza, no i przeżywać te same przygody co ona. Mam bardzo duży sentyment do tych książek i żałuję, że nie mogę mieć znowu dwunastu lat i jeszcze raz przeczytać czegoś z tej serii. Stare dobre czasy...

Koszmarny Karolek rządzi porządnie


  Tak jak mówi napis znajdujący się na okładce, wewnątrz tej książki znajduje się dziesięć historii z Koszmarnym Karolkiem w roli głównej. Matko, jak ja nie znoszę tego bohatera! Jeżeli miałabym mieć w przyszłości syna, to mam nadzieję, że uda mi się go wychować na kogoś lepszego niż Karol (czyli nie na buca, po prostu). Czy Karolek miał w zasadzie jakąś pozytywną cechę? Bo nie mogę sobie żadnej przypomnieć...
   Zapewne większość czytelników miała podobny stosunek do Karola co ja, jednakże jego perypetie są tak kuriozalne i ciekawe, że nie można się od nich oderwać. Mimo wszystko warto sięgnąć po tę książkę, niektóre sytuacje były w niej naprawdę zabawne.
  
Wspomnienia niebieskiego mundurka


   Zaraz obok "Syzyfowych prac" jest to jedna z najgorszych lektur, z jaką miałam do czynienia. To była moja pierwsza lektura w IV klasie podstawówki. Współczuję, jeżeli ta książka nadal jest obowiązkowa w szkole. Pamiętam z niej jedynie fragment, w którym któryś z bohaterów spał w trumnie (w sumie cała klasa tylko tyle z tego zapamiętała; to było napisane takim topornym językiem, że nie dało się przez to przebrnąć). Ludzie z oświaty narzucają młodzieży tak trudne książki jako lektury i potem dziwią się, czemu oni nie chcą czytać z własnej woli. No błagam! 
   Nie mam zamiaru przekonywać się, czy ta książka rzeczywiście była tak zła, jak ją zapamiętałam. Po przeczytaniu opisu fabuły stwierdzam, że nie jest to ani interesująca ani warta mojej uwagi pozycja. Niestety :/ 


Jesiennie :)

   Czy mieliście styczność z którąś z wyżej wymienionych książek? Jakie są wasze książki dzieciństwa? Piszcie w komentarzach :D

See you
Kamila
UDOSTĘPNIJ TEN POST

08 października 2016

Inna rzeczywistość- recenzja dramy pt."W - Two Worlds"

Hejka!
   Jednym z moich najulubieńszych motywów w filmie i literaturze, są podróże między równoległymi światami. Kocham historie, w których główny bohater/bohaterka przedostaje się do odległej rzeczywistości np. za pomocą książki (fani Fushigi Yuugi- łączymy się!) lub innego przedmiotu. Kiedy tylko dowiedziałam się, że drama "W - Two worlds" należy właśnie do tego gatunku, bez większego zastanowienia zabrałam się za oglądanie. Zapraszam! 


Informacje ogólne
Produkcja: Korea Południowa
Ilość odcinków: 16
Gatunek: thriller, romans, dramat, fantasy
Czas emisji: 20.07-22.09.2016 

   Trzydziestoletnia Oh Yeon Joo pracuje w jednym ze szpitali jako kardiochirurg. Pewnego dnia, w tajemniczych okolicznościach, znika jej ojciec- autor słynnego komiksu "W". Stworzona przez niego historia opowiada o losach młodego mężczyzny, który został niesłusznie oskarżony o morderstwo swojej rodziny i teraz stara się odszukać prawdziwego sprawcę tej zbrodni. Podczas przeszukiwania pracowni ojca, Yeon Joo nagle przenosi się w zupełnie inne miejsce; jak się później okazało, do jednej ze scen z komiksu. Kobieta spotyka tam głównego bohatera kryminału - Kang Chula - który znajduje się na skraju życia i śmierci. Po tym jak udaje jej się uratować konającego mężczyznę, Yeon Joo z powrotem pojawia się w pracowni ojca. Jakiś czas później kobieta dowiaduje się, że go grona postaci "W" dołączyła nowa, zagadkowa bohaterka. Yeon Joo przeżywa szok, gdy przekonuje się, że jest nią ona sama. 
   Chyba nie przesadzę ze stwierdzeniem, że fabuła tej dramy to istny majstersztyk! W każdym odcinku dzieje się coś ciekawego, więc nie można się nudzić podczas oglądania. Twórcom udało się idealnie odnaleźć złoty środek pomiędzy romansem a thrillerem, w efekcie czego widz nie powinien doświadczyć uczuć takich jak przesyt lub niedosyt. Każdy, nawet najbardziej skomplikowany wątek miał swoje logiczne uzasadnienie, a historia sama w sobie przebiegała bardzo płynnie, bez zbędnych dłużyzn. Ups! Tutaj niestety muszę lekko spuścić z tonu, gdyż tak jak podczas oglądania całej dramy, wszystkie wątki przedstawiono w jasny i klarowny sposób, tak podczas ostatniego odcinka odniosłam wrażenie, że wiele z nich potraktowano w nieco lekceważący sposób. Nie powiem, mocno mnie to rozczarowało, ale to, jak skończyła para głównych bohaterów zadowoliło mnie na tyle, że jestem w stanie wybaczyć twórcom ten pośpiech, z jakim powstało zakończenie. Gdyby "W" miało jeszcze ten jeden odcinek więcej, wydaje mi się, że wtedy ekipa zdołałaby się ze wszystkim wyrobić. 


Główni bohaterowie w komiksowej wersji

   Pod względem kreacji bohaterów, "W - Two Worlds" wypada całkiem przyzwoicie. Cóż, po oglądnięciu "Cheese in the Trap", gdzie każdy z bohaterów zachwycił mnie swoją indywidualnością i realizmem, spodziewałam się po tej dramie naprawdę wiele. Zostałam zadowolona, lecz oczekiwałam po tak głośnej produkcji zdecydowanie więcej. Najbardziej wiarygodną i zarazem rozbudowaną postacią, był dla mnie ojciec głównej bohaterki- Oh Sung Moo. Wiecznie byłam ciekawa jego motywów, stale mnie zaskakiwał swoimi poczynaniami i ciągle czekałam na jakąś scenę z nim w roli głównej. Zaraz obok głównego bohatera "W", on urzekł mnie najbardziej. 
   Co do samej Oh Yeon Joo, miałam do niej przez dłuższy czas mieszane uczucia. Chociaż z drugiej strony, potrafię sobie wyobrazić co musiała czuć, kiedy wbrew własnej woli została przeniesiona do świata komiksu. Spotkanie człowieka, który istniał dla ciebie dotychczas tylko na papierze, pokonanie barier pomiędzy światami, wspólna ucieczka przed czyhającym na was mordercą- w takich sytuacjach jednak ma się prawo czuć konsternację i niepewność. Kiedy wyobraziłam sobie, że znalazłam się na miejscu Yeon Joo, zrozumiałam jej wahanie i brak pewności w wielu sytuacjach. 
   Jak przystało na koreański romans, nie brakowało tutaj nieco głupawych, sztampowych sytuacji. Pojawiło się wspólne kupowanie ubrań w sklepie, było też gotowanie oraz wiele innych. Chyba nie było tylko zanoszenia głównej bohaterki do domu na barana, kiedy ta była kompletnie pijana. Szkoda, pominąć taki klasyk! 


   "W - Two Worlds" prezentuje się fenomenalnie od strony graficznej. Sceny, w których główni bohaterowie są przedstawiani jako rysunkowe postaci, zostały wykonane z ogromną precyzją i zwracają na siebie uwagę widza. Estetyka w tej dramie jest naprawdę bardzo widoczna. Wszystko było doskonale wykadrowane, nie mogę też nic zarzucić świetnemu montażowi. Odcinki kończyły się w najbardziej emocjonujących momentach, co niewątpliwie zmusiło wielu do oglądnięcia następnych epizodów. Sama przyznam, że ta drama wciągnęła mnie do tego stopnia, że kiedyś oglądnęłam aż 5 odcinków z rzędu (5 godzin oglądania, zarwana nocka i głębokie na kilometr podkowy następnego ranka... ale było warto!). 
   Tak jak spodziewałam się po koreańskiej dramie- aktorzy spisali się na medal. I w tym miejscu kolejny raz muszę nawiązać do postaci ojca głównej bohaterki, gdyż aktor występujący w roli tego bohatera, zachwycił mnie swoją grą. W niektórych momentach wypadał tak przekonująco, że aż brakowało mi słów. Na drugim miejscu umieściłabym Lee Jong Suka, który wcielił się w postać Kang Chula. Świetnie poradził sobie z tą rolą, chociaż muszę powiedzieć, że te jego zalotne uśmieszki skierowane do Yeon Joo, zaczęły mnie w pewnym momencie nieco irytować (potem przerodziło się to w śmiech, bo wyglądał wtedy naprawdę dziwnie, kojarzył mi się trochę z takim Johnnym Bravo XD).  
   Tak jak piosenki z tej dramy średnio przypadły mi do gustu, tak muzyka z tła wprost podbiła moje serce. Różnorodna i dopasowana do sytuacji- od razu zwróciła moją uwagę. Oto mój ulubiony utwór z "W...". Kiedy leciał on w tle wiadomo było, że trzeba przygotować chusteczki. 


   "W - Two Worlds" śmiało może się ubiegać o tytuł dramy roku, gdyż tej produkcji niewiele brakuje do ideału. Każdy odcinek przynosił ze sobą nowe rewelacje i warto poświęcić temu swój czas i uwagę. Jeżeli tak jak ja kochacie historie, które dotyczą innych światów/wymiarów, koniecznie sięgnijcie po tę dramę! 
   Jeżeli zachęciłam was do oglądania, zaglądnijcie na  stronę, gdzie znajdziecie wszystkie odcinki tej dramy. Pamiętajcie tylko, aby się tam zalogować!


Moja ocena 9/10

See you
Kamila
PS Planowałam opublikować ten wpis tydzień temu, ale powstrzymał mnie wyjazd na pielgrzymkę maturzystów na Jasną Górę. Ktoś z was też tam był? 
UDOSTĘPNIJ TEN POST
Szablon stworzony przez Blokotka. Wszelkie prawa zastrzeżone.