04 listopada 2018

Tysiące twarzy, jedna dusza- recenzja filmu pt. "The Beauty Inside"

Hejka!
   Czasami zajmuje mi bardzo dużo czasu, aby przekonać się do obejrzenia jakiegoś filmu. Przeważnie wynika to z faktu, że w kolejce czekają na mnie inne, ciekawsze produkcje od tej, którą na dany moment brałam pod uwagę. W przypadku "The Beauty Inside" było całkiem podobnie, lecz miałam też pewne obawy, czy film nie okaże się przypadkiem mocno przereklamowany. Pomimo masy pozytywnych opinii wciąż nie opuszczał mnie lekki sceptycyzm, lecz w końcu postanowiłam obejrzeć ten film. Tym razem moje wątpliwości okazały się bezpodstawne, zaś opinie internautów jak najbardziej zasłużone. Zapraszam!
źródło: ahjummamshies.com

Informacje ogólne
Produkcja: Korea Południowa
Czas trwania: 127 min.
Gatunek: dramat, romans, fantasy
Rok produkcji: 2015

   Woo Jin jest projektantem mebli, który każdego dnia budzi się w innym ciele. Czasami jest mężczyzną, czasami kobietą, zdarza mu się też być starszą panią. Mimo tego w środku pozostaje tą samą osobą. Woo Jin zakochuje się w Yi Soo, która odwzajemnia jego uczucie, nie zważając na to, że codziennie będzie się spotykała z innym mężczyzną. Czy uda im się pokonać przeciwności losu?*
   Muszę przyznać, że nieco zmylił mnie opis fabuły. Czytając go byłam przekonana - tylko błagam, nie śmiejcie się - że dusza głównego bohatera wędruje codziennie z jednego ciała do drugiego, i dlatego za każdym on razem wygląda inaczej. Pomyślałam wówczas: "Matko! To skoro on znajdował się przez jeden dzień w cudzym ciele, co się wówczas działo z duszą tej osoby? Była uśpiona, czy co? Jeny, co za poroniona historia!". Cóż, owe dziwne nieporozumienie było kolejnym powodem, zaraz obok tych wspomnianych na wstępnie, dla którego miesiącami zwlekałam z obejrzeniem tego filmu. Zastanawiałam się ostatnio, dlaczego właściwie zinterpretowałam opis fabuły w taki, a nie inny sposób. Wydaje mi się, że może mieć to związek z faktem, że natrafiłam na ten film w momencie, w którym świeżo zakończyłam oglądanie dramy pt. "Goblin". Sporo w niej było wątków związanych z reinkarnacją i wędrówką duszy, więc podświadomie wydało mi się, że fabuła "The Beauty Inside" może mieć podobny charakter. Dla jasności- główny bohater nie przejmuje cudzych ciał; z nocy na noc całkowicie zmienia się jego aparycja, i nie ma to nic wspólnego z wędrowaniem czyjejkolwiek duszy. Patrząc jednak na koreańską kulturę i wierzenia, tego typu historia mogłaby jak najbardziej powstać (nie zdziwiłabym się, gdyby już taka istniała).
   Moja dość pokrętna logika czasem mnie zadziwia. Zastanawia mnie jednak, czy ktoś z Was zrozumiał opis tego filmu w podobny sposób? Piszcie w komentarzach!


źródło: prosperitypan.gq

   Ciało niewątpliwie stanowi ogromny element naszej tożsamości. Każdego dnia widzimy swoje odbicie w lustrze, możemy wówczas uważnie przyglądnąć się poszczególnym jego częściom, zaś przeglądając zdjęcia obserwujemy, jak zmieniał się nasz wygląd na przestrzeni lat. Mimo, że często dostrzegamy i ubolewamy nad jego licznymi niedoskonałościami, nasze ciało jest dla nas czymś stałym i znajomym. Jesteśmy zwłaszcza przyzwyczajeni, a może nawet przywiązani, do swojej twarzy, więc raczej ciężko nam sobie wyobrazić, że każdego dnia miałaby ona wyglądać zupełnie inaczej. Jednak właśnie z takim problemem zmaga się główny bohater. W filmie ukazane są zarówno jego wewnętrzne zmagania w związku z tym przypadkiem, ale w większej mierze trudności w nawiązywaniu nowych znajomości.
   Poza mamą i przyjacielem z młodości, w życiu Woo Jina nie ma żadnych innych bliskich osób. W zasadzie nie ważne, jak zaawansowana jest znajomość, codzienna zmiana wyglądu stanowi barierę, którą bardzo trudno jest przełamać (nie wspominając już o tym, że takie przypadki nie mają po prostu racji bytu!). Wystarczy spojrzeć na związek Woo Jina i Yi Soo. Na samym początku przypomina on słodką sielankę, lecz z czasem każde z nich zaczyna dręczyć coraz więcej wątpliwości, szczególnie Yi Soo. Choć bohaterka ma świadomość, że następnego ranka obudzi się obok tego samego mężczyzny, poczucie obcości związane z jego przemianą zaczyna stopniowo ją przytłaczać. Jak przywiązać się do człowieka, który jednego dnia ma ciało mężczyzny, a następnego wygląda jak dziesięcioletni chłopiec? Dość abstrakcyjna, choć zastanawiająca kwestia.
   Uwielbiam filmy, które skłaniają do przemyśleń, i "The Beauty Inside" jest właśnie jednym z nich.  Podjęta w nim problematyka tożsamości szczególnie rzuciła mi się w oczy, z czego kwestia przywiązania do ciała wydała mi się najbardziej zastanawiająca. Film przedstawia ten konkretny wątek w wyjątkowo subtelny sposób, co jest dość oczywiste- główny motyw stanowi przecież miłość pomimo wszelkich barier (co odrobinę przypomina mi historię z "Pięknej i Bestii"). Twórcy zadbali  o to, aby temu oraz każdemu innemu elementowi fabuły poświęcono należytą ilość czasu, przez co całość jest składna i brak w niej jakichkolwiek dziur lub zapychaczy. Akcja toczy się w płynny sposób i mimo, że nie owocuje w niesamowicie dramatyczne zwroty akcji, i tak potrafi utrzymać widza w ciągłym napięciu.


źródło: akpopworld.wordpress.com

   Przez to, że wygląd głównego bohatera każdego dnia ulega diametralnej zmianie, siłą rzeczy film wymagał posiadania wyjątkowo licznej obsady. Pośród niej natrafimy na wiele znanych i utalentowanych sław, jak np. Lee Dong-Wook, który w "Goblinie" wcielił się w postać Mrocznego Kosiarza. Nie mogłabym również nie wspomnieć o Han Hyo-Joo, znanej m.in. z dramy "W- Two Worlds". Muszę przyznać, że w roli Yi Soo wydała mi się o wiele bardziej przekonująca, niż jako główna bohaterka "W...". Czułam, że ona doskonale rozumie rozterki odgrywanej przez nią postaci, i dostrzegłam u niej wrażliwość, której nie zauważyłam w "W...". Oby trafiło jej się więcej podobnych ról.
   Klimat tego filmu jest iście baśniowy. Największy wpływ ma na to muzyka, która wprost urzeka i wzrusza swoim radosnym brzmieniem; nie sposób nie wsłuchać się nawet w te melodie, które grają wyłącznie w tle. Najbardziej wpadła mi w ucho piosenka, która pojawiła się na napisach końcowych, i choć odstaje ona nieco od pozostałych utworów z Soundtracku, i tak wpasowuje się w ogólną atmosferę całej produkcji.
   Samo otoczenie, w którym znajdują się główni bohaterowie odgrywa ogromną rolę w budowaniu nastroju. Salon z meblami, gdzie pracuje Yi Soo oraz warsztat Woo Jina wydają się niesamowicie ciepłe i przytulne, a przyczyniają się do tego delikatne oświetlenie oraz ciepła kolorystyka wokół. Jak widać niewiele trzeba, by poczuć magię.


   Nie jest niczym dziwnym, że za taki kunszt "The Beauty Inside" zostało wielokrotnie nominowane i nagrodzone w kilku różnych azjatyckich festiwalach filmowych. Jedną spośród nagród była miedzy innymi ta za najlepszy debiut reżyserski, która powędrowała wprost do rąk Baika. Co jest ciekawe, oryginalny pomysł na fabułę nie wziął się ani od niego, ani do scenarzysty. Scenariusz filmu "The Beauty Inside" bazuje bowiem na internetowym mini-serialu wyprodukowanym przez Intela i Toshibę, którego reżyserem jest Drake Doremus. Jak dla mnie jest to spore zaskoczenie. Bazujący nie znaczy wcale, że gorszy, gdyż zawsze da się przedstawić daną historię lepiej.


   Czasem warto się przełamać i sięgnąć po film, który przez dłuższy czas wzbudzał nasze wątpliwości. "The Beauty Inside" było dla mnie pozytywnym zaskoczeniem, głównie dlatego, że nie spodziewałam się po tym filmie tak niesamowitej, bajowej atmosfery. Historia pary głównych bohaterów wciąga, a do tego porusza i skłania do przemyśleń. Naprawdę, nie warto było zwlekać z oglądaniem. 
   Film znajdziecie na TEJ stronie.

Ocena dzieła

Fabuła 5/5
Bohaterowie 4/5
Wykonanie 4/5
Osobiste odczucie 4/5

Ostateczny wynik 8,5/10

See you
Kamila

* opis pochodzi ze strony dramaqueen.pl
UDOSTĘPNIJ TEN POST

27 października 2018

Za głosem serca- recenzja filmu pt."Daytime Shooting Star"

Hejka!
   Zekranizowanie kilkunastotomowej mangi w zaledwie jednym filmie może nie być najlepszym pomysłem, zwłaszcza gdy chce się zmieścić w nim jak najwięcej wydarzeń; mimo usilnych starań część wątków na pewno przepadnie, a inne nie doczekają się dalszego rozwinięcia. Mimo to wielu twórcom udaje się stworzyć naprawdę przyjemne i udane ekranizacje mang, z których warto wyróżnić "Strobe Edge" czy "Bokura ga Ita". Z radością ogłaszam, że film "Daytime Shooting Star" również można zaliczyć do tego grona! Co jednak za tym przemawia? Zapraszam do czytania!


źródło: imdb.com

Informacje ogólne
Produkcja: Japonia
Czas trwania: 119 min
Gatunek: romans, okruchy życia
Rok produkcji: 2017

   Rodzice Suzume Yosano z powodów zawodowych przeprowadzają się do Bangladeszu, jednakże nie zabierają dziewczyny ze sobą. Zostawiają ją pod opieką mieszkającego w Tokio wujka, Yukichiego. W drodze do jego domu Suzume gubi się i trafia na dziwnego mężczyznę, który wyciąga do niej pomocną dłoń. Kiedy zaczyna uczęszczać do nowej szkoły, okazuje się, że jest on nie kim innym, jak wychowawcą jej klasy – Satsukim Shishio. Pierwszy rok nauki w tokijskiej szkole średniej przyniesie dziewczynie wiele emocji oraz przygód.*

    Bardziej niż logiczny ciąg zdarzeń, fabuła przypomina miks przypadkowo wyciętych fragmentów z mangi. Wiąże się to ze zjawiskiem, o którym wspomniałam we wstępie recenzji- twórcy starali się zebrać jak największą ilość ciekawych i ważnych wydarzeń, by później zmieścić je w dość ograniczonym czasowo materiale. Nie twierdzę jednak, że zrobili to w nieudolny sposób; akcja przebiega bardzo płynnie, choć mimo wszystko w scenariusz wkradło się sporo dziur. Jedną z nich jest kwestia rodziny kolegi z klasy Suzume- Mamury; ten wątek miał moim zdaniem potencjał i żałuję, że został on zaledwie lekko "dotknięty" (czytaj: poświęcono mu dosłownie jedno zdanie). By przekonać się, w jaki sposób i czy w ogóle zostanie on dalej poprowadzony musiałabym sięgnąć po mangę. Czy "Daytime Shooting Star" do tego zachęca? Odpowiedź brzmi: tak, i to jak najbardziej! Niezwykła lekkość, jaką ma w sobie ten film, jest tu moim zdaniem kluczowym kryterium. Pełno w nim humoru, radosnej muzyki oraz nie brakuje też licznych ujęć barwnych, sielankowych krajobrazów. Po obejrzeniu tej produkcji mam ogromną ochotę zabrać się za oryginał, przy czym zastanawia mnie, do jakiego stopnia różnią się one od siebie. Liczę, że tylko nieznacznie. 

źródło: aminoapps.com

   Fabuła "Daytime Shooting Star" prezentuje się momentami boleśnie schematycznie. Główna bohaterka to urocza fajtłapa o złotym sercu, która już pierwszego dnia w nowej szkole zwraca na siebie uwagę najprzystojniejszego chłopaka w klasie- Mamury. Oprócz niego, o serce bohaterki stara się też inny mężczyzna - w tym konkretnym przypadku jest to jej wychowawca - zaś sama zainteresowana nie może się zdecydować pomiędzy jednym a drugim. Oczywiście w pewnym momencie musi się pojawić na horyzoncie zazdrosna o jednego z nich dziewczyna - tutaj jest to zakochana w Mamurze Yuyuko. Zazdrośnica stara się odsunąć główną bohaterkę od swojego ukochanego, lecz gdy zostaje przez niego odrzucona przelewa wszystkie swoje frustracje na heroinę. Dochodzi do konfrontacji, po której zazdrośnica zmienia się niespodziewanie o 180°, a niedługo potem główna bohaterka odnajduje w niej swoją nową najlepszą przyjaciółkę. Jakiś czas później staje się też jasne, komu nasza heroina pragnie oddać swoje serce... Cóż, przytaczając owy schemat streściłam Wam równocześnie cały film!
   Od samego początku zdawałam sobie sprawę, że mam do czynienia ze zwykłym szkolnym shoujo, dlatego nie miałam co do tego filmu jakichś szczególnie wygórowanych oczekiwań. Może Was to nieco zdziwi - a już zwłaszcza po zapoznaniu się z treścią poprzedniego akapitu - ale kompletnie nie miałam z tym problemu. Shoujo jest jednym z moich najukochańszych gatunków i w wielu przypadkach wybaczam mu jego schematyczność; w tym przypadku również byłam gotowa przymknąć oko na pewne oczywistości. Jednakże zakończenie "Daytime Shooting Star" było dla mnie ogromnym zaskakoczeniem! SPOILER Byłam święcie przekonana, że Suzume ostatecznie zejdzie się z Shishio. Przecież w jednej z ostatnich scen wystawiła Mamurę, by zobaczyć się z tym drugim w szpitalu. A tu zonk! Suzume wybrała Mamurę! Po jej wyznaniu czułam się kompletnie skołowana, gdyż w trakcie seansu nie udało mi się dostrzec jakiejś większej zmiany w jej uczuciach. Możliwe, że w oparciu o przedstawione w filmie wydarzenia sama miałam je wywnioskować, lub po prostu twórcy (i mam tu na myśli zarówno scenarzystę, jak i autorkę oryginału) wpadli na pomysł, aby w ostatnich minutach filmu zrobić zaskakujący plot twist. Wydaje mi się, że ta pierwsza wersja jest bardziej prawdopodobna. KONIEC SPOILERU


źródło: blackandyellowotakugamers.com

   Nieporadność stanowi jedną z najbardziej charakterystycznych cech Suzume. O ile na samym początku jej niezdarne zachowanie  było całkiem urocze, o tyle w pewnym momencie zaczęło mnie denerwować. Muszę też przyznać, że momentami kompletnie nie rozumiałam jej postępowania. W trakcie szkolnego obozu Yuyuka okłamuje, a później celowo posyła Suzume w głąb lasu, by móc spędzić czas sam na sam z Mamurą. Gdybym była na miejscu głównej bohaterki z trudem wybaczyłabym Yuyuce tak egoistyczne postępowanie, a po tym wszystkim nie miałabym najmniejszego zamiaru się z nią zaprzyjaźnić. Bo przecież samotna wędrówka przez gęsty las, gdzie nie wiadomo jak znaleźć wyjście, jest taka zabawna, prawda? A tak na serio, cała ta akcja mogła mieć naprawdę tragiczny finał. Czy Suzume nie zdawała sobie z tego sprawy w momencie, gdy zataiła przed innymi prawdę na temat winy Yuyuki? Dobre, wybaczające serce niewątpliwie stanowi ogromną wartość, lecz wszystko ma swoje granice. Przyjaźń z kimś tak nieobliczalnym i zazdrosnym mogłaby być w prawdziwym życiu wyjątkowo toksyczna. 


źródło: aminoapps.com

   W poszukiwaniu lekkiego, słodkiego romansu, warto pochylić się nad “Daytime Shooting Star”, które niewątpliwie potrafi zaangażować widza w seans. Produkcja ta nie jest wolna od różnego rodzaju wad, lecz da się na nie przymknąć oko. Pomimo swojej schematyczności, film nieraz potrafi pozytywnie zaskoczyć, oraz pozostawia po sobie naprawdę dobre wrażenie. 
   Film dostępny jest na TEJ stronie.
   
Ocena dzieła

Fabuła 3/5
Bohaterowie 3/5
Wykonanie 4/5
Osobiste odczucie 4/5

Ostateczny wynik 7/10

See you
Kamila

*opis pochodzi ze strony dramaqueen.pl

UDOSTĘPNIJ TEN POST

15 października 2018

Kiedy wymawiasz moje imię, ja znikam- recenzja filmu pt. "Vanishing Time: A Boy Who Returned"

Hejka!
   Mimo, że uwielbiam spędzać czas w towarzystwie mojej rodziny i najbliższych przyjaciół, odczuwam też często ogromną potrzebę samotności. Zwykle zaszywam się wówczas w moim pokoju, lub w innych kątach domu, gdzie całymi godzinami piszę w dzienniku lub zajmuję się bardziej pilnymi sprawami, które nie ścierpią już dalszej zwłoki. Cisza koi moje nerwy, pozwala wziąć głęboki oddech i zrelaksować się choćby na krótką chwilę. Jednak po jakimś czasie trzeba w końcu wyjść do ludzi, co również odczuwam jako silną potrzebę z wewnątrz. Co jeśli zamiast godziny, cisza wokół mnie zaczęłaby się ciągnąć miesiącami, a później latami? Co jeśli czas nie stanąłby na moment, a zatrzymałby się na wieki? Czy da się żyć ze świadomością, że najprawdopodobniej już nigdy nie uwolnisz się od samotności? Jeżeli chcecie się dowiedzieć, koniecznie czytajcie dalej! Zapraszam!


Informacje ogólne
Produkcja: Korea Południowa
Czas trwania: 129 min
Gatunek: fantasy, dramat
Rok produkcji: 2016

   Czwórka dzieci łącznie z Sung Minem i Su Rin wybierają się razem na wyprawę w góry, aby móc zakraść się na obszar o ograniczonym dostępie i obserwować stamtąd planowaną eksplozję. W niewyjaśnionych okolicznościach dzieci przepadają bez śladu. Dopiero po kilku dniach pojawia się Sung Min, który to nie jest już 13-letnim chłopcem, a dorosłym mężczyzną. Jak mogło do tego dojść? Co takiego wydarzyło się w ciągu tych kilku dni? Czy ktoś uwierzy w jego historię?*
   Trzeba mieć spory talent, żeby sprawić, by widz wczuł się w sytuację, która w rzeczywistości nigdy nie będzie miała miejsca. Fabuła "Vanishing Time.." wprost nie pozwala oderwać się od ekranu, a do tego ukazuje niewiarygodne wydarzenia w - jakkolwiek to zabrzmi - wiarygodny sposób. Gdy Seong Min wraz z przyjaciółmi rozbija znalezione w jaskini jajo, zostają oni uwięzieni w pułapce czasu, z której nie wiadomo, czy istnieje jakakolwiek ucieczka. Chłopcy całe dnie spędzają wyłącznie we własnym towarzystwie, zaś jedyne co ich otacza, to bezgraniczna cisza. Początkowo są zafascynowani owym zjawiskiem, lecz im dłużej ono trwa, tym niecierpliwiej wyczekują oni jego końca. Świadomość, że ten może nigdy nie nastąpić, zaczyna być dla nich dołująca do tego stopnia, że powoli zaczynają popadać w szaleństwo. Nie wyobrażam sobie takiego życia. Bardziej przypomina ono powolną agonię, niż cokolwiek innego. Tak jak napisałam we wstępie, odrobina samotności jest jak najbardziej w porządku, ale niemalże całkowita izolacja to już kompletnie inna bajka. SPOILER Zastanawia mnie, jakim cudem Seong Min nie postradał zmysłów, gdy po rozbiciu drugiego jaja musiał spędzić kolejne lata samotności. Ciężko jest mi sobie wyobrazić to, co wówczas przeżywał, ale jednego jestem pewna- nie da się tego przejść bez ciężkiego uszczerbku na psychice. KONIEC SPOILERU


źródło: aminoapps.com

   Film podejmuje wiele trudnych tematów jak np. izolacja czy śmierć, jednak nie popada przy tym w skrajności i nie rozwodzi się przesadnie nad każdym z tego typu wątków. "Vanishing time..." to przede wszystkim wartka akcja, która trzyma w napięciu przez niemalże cały seans. Szczególnie zakończenie bogate jest w dramatyczne wydarzenia. À propos zakończenia, zdaję sobie sprawę, że nie było innego możliwego sposobu na zamknięcie kluczowych wątków, ale osobiście wolałabym aby towarzyszyłoby temu nieco więcej słodyczy. SPOILER Żałuję, że gdy główny bohater użył za drugim razem magicznego jaja, czas znowu stanął, podczas gdy mógł się cofnąć i nie doszłoby do wszelkich późniejszych wydarzeń. Dlaczego goblin nie zlitował się nad bohaterami i nie nagiął dla nich swoich reguł? Gdyby tylko tak się stało, Seung Min nie musiałby spędzać kolejnych lat w samotności, i przy okazji wątek romantyczny pomiędzy nim a Soo Rin zostałby dalej poprowadzony. Szkoda. KONIEC SPOILERU
   Wybrane przez twórców lokacje nadają filmowi atmosferę magii i tajemnicy. Gęste lasy, skaliste wybrzeże oraz stary, opuszczony dom same w sobie brzmią urzekająco (wiem, że nie każdy uważa stare rudery za urokliwe, ale ja po prostu mam już taką osobliwą przypadłość), a w połączeniu z klimatyczną muzyką dają wręcz niesamowity efekt. Nie mogę też powiedzieć nic złego na temat zdjęć; wiele ujęć miało bardzo estetyczny, a nawet artystyczny charakter. 
   Na wiarygodność "Vanishing time...", o czym wspomniałam już wcześniej, składają się liczne elementy, z czego najważniejszym z nich jest znakomita gra aktorska całej obsady. Mimo, iż odgrywane przez nich postacie nie omawiały szczegółowo swoich uczuć w dialogach, to widoczne są one w każdym drobnym ich geście czy przelotnym spojrzeniu. W tym miejscu warto wspomnieć o szczególnie udanym występie Kang Dong Wona, który wcielił się w postać dorosłego Seong Mina; był wyjątkowo autentyczny w swojej roli. 
   Pod pewnymi względami "Vanishing time..." odrobinę przypominało mi inny koreański film - "A Werewolf Boy". Główna bohaterka zostaje wplątana w całą serię niesamowitych zdarzeń, a to wszystko dlatego, że jednego dnia natknęła się przypadkiem na chłopaka skrywającego mroczną tajemnicę. Do tego w obydwu przypadkach znajdziemy szczyptę romansu oraz całe mnóstwo emocji. Jeżeli jeszcze nie oglądaliście “A Werewolf Boy”, to koniecznie nadróbcie zaległości!


źródło: behance.net; autor: Hanuel Sky Bae

   "Vanishing time..." jest filmem jak najbardziej godnym uwagi. Potencjał fabuły uważam za w pełni wykorzystany przez twórców, gdyż w trakcie seansu nic nie jest w stanie odciągnąć widza od ekranu. Jako ogromna miłośniczka historii dotyczących podróży w czasie, lub czegokolwiek co wiąże się z motywem czasu, uważam ten film za szczególnie udany i liczę, że natknę się na takich więcej.
   Film dostępny jest na TEJ stronie. 

Ocena dzieła

Fabuła 4/5
Bohaterowie 4/5
Wykonanie 5/5
Osobiste odczucie 4/5

Ostateczny wynik: 8,5/10

See you
Kamila

* opis pochodzi ze strony dramaqueen.pl
UDOSTĘPNIJ TEN POST
Szablon stworzony przez Blokotka. Wszelkie prawa zastrzeżone.