12 listopada 2017

Zdążyć na czas- recenzja filmu pt. "Time Renegades"

Hejka!
   Czas to potężna siła, której żaden ludzki wysiłek nie jest w stanie zatrzymać. Czasami jednak zdarzają się cuda, które pozwalają przekroczyć jego granice i wykorzystać go na własną korzyść. Przeszłość zaczyna mieszać się z przyszłością, a wszelkie bariery stopniowo się zacierają. Chcecie przekonać się na własne oczy, jak to wygląda? Jeżeli tak, zapraszam! 


źródło: watcha.net

Informacje ogólne
Produkcja: Korea Południowa
Czas trwania: 107 min.
Gatunek: thriller, romans, melodramat, fantasy
Rok produkcji: 2016

   Rok 2015. Od dnia, w którym Gun Woo omal nie stracił życia w jednej z policyjnych akcji, każdy jego sen dotyczy pewnego młodego, żyjącego w latach 80 zeszłego wieku, nauczyciela muzyki - Ji Hwana. Wszelkie mające z nim związek wizje zaskakują Guna swoim realizmem, co skłania go do zagłębienia się w życie owego mężczyzny. Jednakże, w pewnym momencie sprawy przybierają niespodziewanie dramatyczny obrót. Gun znajduje bowiem w tajnych aktach informacje dotyczące morderstwa narzeczonej Ji Hwana oraz natyka się na łudząco przypominającą ją kobietę. Jaką rolę odegra ona w tej historii oraz czy za pomocą snów, Gun Woo będzie w stanie pomóc Ji Hwanowi?
   Rok 1983. Po tym jak Ji Hwan cudem przeżył starcie z ulicznym gangsterem, jego sny przybierają kształt cudzych wspomnień. Widzi w nich postać młodego detektywa, który zdaje się żyć w zupełnie innych, odległych czasach. Dzięki Gun Woo - bowiem tak ten mężczyzna ma na imię - Ji Hwan dowiaduje się, iż życiu jego narzeczonej - Yoon Jung - grozi śmiertelne niebezpieczeństwo. Mężczyzna podejmuje śmiałą decyzję i samodzielnie stara się powstrzymać czyhającego na nią mordercę. Czy Ji Hwanowi uda się przeciwstawić przeznaczeniu i zmienić przyszłość na lepsze? I dlaczego akurat Gun Woo pojawia się w jego snach?
   Akcja tego filmu toczy się na dwóch płaszczyznach czasowych, co w niektórych momentach staje się dosyć męczące dla widza. Ten skomplikowany zabieg wymaga od nas maksymalnego skupienia, więc wystarczy jedna chwila nieuwagi, by nagle wszystko stało się niejasne. Przyznam, że i ja straciłam wątek w kilku istotnych momentach, ale wcale nie zabiło to mojej przyjemności z oglądania. Powiem więcej- byłam zachwycona, iż ktoś pokusił się o wykorzystanie mojego ulubionego motywu - motywu czasu - w tak ciekawy sposób. Co prawda temat snów jeszcze bardziej skomplikował fabułę, aczkolwiek uważam to połączenie za wyjątkowo pomysłowe, którego potencjał pomimo pewnych błędów i niejasności, został niemal w pełni wykorzystany.


źródło: twicopy.org

Szczerze mówiąc, plakaty tego filmu są mało zachęcające...

    Mówiąc już o nieścisłościach, chciałabym omówić pokrótce te z nich, które udało mi się dostrzec w trakcie oglądania. Niestety, lecz będę zmuszona je przed Wami ukryć, gdyż są to w większości spoilery, i to w dodatku wyjątkowo chamskie (czyli zdradzające kluczowe informacje na temat bohaterów i przebiegu fabuły). Jeżeli jednak są wśród Was śmiałkowie, którym nie straszne spoilery i ich destrukcyjna moc, to zapraszam do czytania!
   SPOILER Pierwszą rzeczą, która wzbudziła moje wątpliwości, jest kwestia snów Gun Woo. Zdaję sobie sprawę, że jest to motyw fantastyczny i wiele rzeczy nie musi mieć w nim ani logiki ani sensu, jednakże ja chciałabym dojść do sedna tej sprawy. Zacznijmy jednak od początku. W pewnym momencie staje się jasne, iż Gun Woo jest kolejnym wcieleniem Ji Hwana. W jednej z pierwszych scen mowa jest o tym, iż na jakiś czas przed śmiercią, możemy zajrzeć w swoje następne życie, co w przypadku Ji Hwana jak najbardziej może mieć miejsce (nie chcę wyjawiać na ten temat nic więcej, niech to Wam wystarczy). Co jednak z Gun Woo? Właściwie z jakiego powodu zaczyna widzieć swoje poprzednie wcielenie? Wydaje mi się, że twórcy po prostu bardzo chcieli zawrzeć ten motyw w swoim filmie, ale nie udało im się znaleźć dla niego w miarę sensownego wytłumaczenia. 
   Wspomniana w opisie fabuły tajemnicza kobieta z 2015 roku to nikt inny, jak reinkarnacja narzeczonej Ji Hwana- Yoon Jung. Skoro więc wygląda ona niemalże identycznie jak w swoim poprzednim wcieleniu, dlaczego i z głównym bohaterem nie stało się to samo? Nie rozumiem, co zmienia ciągłe ukrywanie faktu, że Gun Woo i Ji Hwan to jedna i ta sama osoba, skoro jest to oczywiste od samego początku. Miało to zapewne dodać aury magii i tajemnicy całej historii, ale wydaje mi się, że i bez tego jest już dostatecznie niesamowita i przepełniona fantastyką. 
   Ostatnia kwestia- jaki był właściwie motyw mordercy? W jednej z ostatnich scen dowiadujemy się, iż zbrodnie były dla niego swoistą formą rozrywki; sprawiały mu przyjemność, więc dlatego postanowił zamordować Yoon Jung. Moim zdaniem jest to zdecydowanie za słaby i niezbyt przekonujący powód do morderstwa. Tak właściwie, dlaczego zabijanie sprawiało mu przyjemność?  Bardzo żałuję, ale twórcy nawet nie starają się odpowiedzieć nam na to pytanie. 
   Znalazłabym jeszcze wiele innych scen, które wzbudziły we mnie mieszane uczucia lub pozostawiły pewien cień wątpliwości, lecz są to już drobnostki, nad którymi nie ma sensu się rozwodzić. Ich wpływ na fabułę jest niewielki, więc lepiej pominę je w moich rozważaniach nad tym filmem. KONIEC SPOILERU


źródła: kt.wowkorea.jp, ytn.co.kr

   Niesamowity klimat tej historii uderzył i urzekł mnie już w pierwszych minutach seansu. Do pewnego stopnia przyczyniły się do tego dopasowana do sytuacji muzyka, płynny ruch kamery, czy chociażby ujęcia przedstawiające rzeczywistość z perspektywy głównego bohatera. Jednakże to wykorzystanie kolorów, przykuło moją uwagę najbardziej. Twórcy stworzyli bardzo wyraźny podział pomiędzy współczesnością a 1983 rokiem, za co chwała im, gdyż uwierzcie mi- momentami nie było trudno o zagubienie się w akcji. W jaki właściwie sposób przedstawiał się ten podział? Gdy przenosimy się do przeszłości, w której spotykamy Ji Hwana, wszystko otulają różne odcienie pomarańczu i sepii. Ciepłe kolory dominują na każdym kroku, co nadaje scenerii sielskości i można w pewien sposób poczuć to ciepło w sobie. Z kolei współczesne czasy nie prezentują się zbyt kolorowo. Zimne, ostre barwy spowijają każdy zakamarek rzeczywistości, w której znajdujemy się wraz z Gunem Woo. Przyznam, że spotkałam się z tym zabiegiem już w wielu innych produkcjach, lecz za każdym razem robi on na mnie ogromne wrażenie. Uwielbiam, gdy kolory w filmie są używane świadomie i w konkretnym celu, tak jak m.in. w "Time Renegades".
   Film łączy w sobie wiele gatunków, lecz nie zauważyłam, aby któryś z nich dominował nad resztą. Raz było bardziej romantycznie, raz bardziej dramatycznie, ale wszystko w odpowiednich proporcjach. Muszę jednak ostrzec osoby wrażliwe na drastyczne widoki. SPOILER Gdy dochodzi do bezpośredniej konfrontacji pomiędzy Ji Hwanem a mordercą, sprawy przybierają naprawdę krwawy i brutalny obrót. KONIEC SPOILERU Dlatego radzę przemyśleć oglądanie tego filmu, jeżeli odrzuca Was widok krwi.
   Z pewnym rozczarowaniem stwierdzam, iż niektóre elementy fabuły "Time Renegades" są do bólu przewidywalne. Jeden z przykładów podałam już w spoilerze na początku wpisu, i nie mam zamiaru podawać ich więcej, chociaż bardzo mnie do tego kusi. Najlepsze w tym wszystkim jest to, że film, o dziwo, potrafi się z tego wybronić. Podam Wam przykład: mimo iż domyślałam się, co wydarzy się w następnym momencie, i tak czułam ogromne zdenerwowanie i ekscytację, czy wszystko potoczy się dobrze. Bardzo możliwe, że było to spowodowane moją sympatią, jaką żywiłam do obydwu głównych bohaterów, gdyż po prosu nie dało się ich nie lubić. Myślę jednak, że chodzi tutaj o budowanie napięcia, z czym twórcy bezbłędnie sobie poradzili.


 źródło: dramaqueen.pl

To jest to, o czym wcześniej wspominałam- kolory wyznaczają granicę

   Nie potrafię przejść obojętnie obok filmów takich, jak ten. "Time Renegades" swoją oryginalną tematyką pobudza wyobraźnię i dostarcza mnóstwa emocji, co sprawia, iż nie można nie zwrócić na niego uwagi. Zakończenie wzruszyło mnie do łez, więc jestem całkowicie pewna, że i Was ono poruszy. Jeżeli interesuje Was tematyka snów, manipulacji czasem czy chociażby reinkarnacja, ten film na pewno przypadnie Wam do gustu. 
   Jeżeli udało mi się zainteresować Was tym filmem, znajdziecie go na TEJ stronie. 

Ocena dzieła

Fabuła 3/5
Bohaterowie 4/5
Wykonanie 4/5
Osobiste odczucie 4/5

Ostateczny wynik 7,5/10

   Proszę o chwilę uwagi! Pragnę podzielić się z Wami pewną ważną informacją. Jak może część z Was zdążyła już zauważyć, jakiś czas temu uruchomiłam facebookowy fanpage mojego bloga. Planuję tam zamieszczać ciekawostki związane z kulturą oraz wszelakimi jej tworami. Przez słowo "twory" możecie rozumieć m.in. mangi i anime, książki oraz dramy. Gorąco zachęcam Was do obserwowania tej strony oraz liczę, że każdy znajdzie tam coś dla siebie.

See you
Kamila
UDOSTĘPNIJ TEN POST

03 listopada 2017

21 Międzynarodowe Targi Książki w Krakowie- moje wrażenia (+ zdobycze)

Hejka!
   Tego roku los się do mnie uśmiechnął, gdyż w końcu udało mi się zawitać na krakowskich Targach Książki. Zaopatrzyłam się tam w kilka nowych, ciekawych tytułów, jednakże bardziej od tego, cieszy mnie samo doświadczenie bycia uczestnikiem jednego z największych książkowych świąt w Polsce. Dzisiaj chciałabym podzielić się z Wami moimi wrażeniami, związanymi właśnie z tym wydarzeniem. Zapraszam!


   Na początku (aby bezczelnie zwrócić Waszą uwagę!) zaprezentuję Wam tytuły, o jakie wzbogaciła się moja biblioteczka. 

Śmiało, Angel!
Joss Stirling


źródło: empik.com

   Z przykrością muszę stwierdzić, że pani Stirling powoli kończą się już pomysły i z każdą kolejną jej książką, coraz mocniej utwierdzam się w tym przekonaniu. Jakiś czas temu, we wpisie o ulubionych seriach młodzieżowych  (łapcie LINK) wspomniałam, że w każdej z jej powieści, schemat rozwoju relacji pomiędzy bohaterami wygląda dokładnie tak samo. Nie inaczej sprawa ma się co do tego tomu- schemat goni schemat, a związek głównej pary przypomina niemal w stu procentach ten z poprzedniego tomu. Jednakże nie to zabolało mnie najbardziej; na nijaki romans byłam w pewien sposób przygotowana, ale na totalną przewidywalność fabuły- nie. Szokujące jest dla mnie, jak wielu rzeczy brakuje mi w tym tomie, a chodzi mi tutaj głównie o zaskakujące zwroty akcji, które zawsze urzekały mnie w książkach Stirling najbardziej. Dotarłam już niemal do końca "Śmiało, Angel!", i jak dotąd autorce w żaden sposób nie udało się mnie ani zadziwić ani wzbudzić we mnie napięcia. Z bólem serca przyznaję, że jest to - jak na razie - najgorsza jej książka, jaką zdarzyło mi się przeczytać. Mam nadzieję, że kolejny tom tej serii - "Co ukrywa Summer?" - wzbudzi we mnie nieco cieplejsze uczucia i choć odrobinę zdejmie skazę z prozy pani Stirling. 

Folwark zwierzęcy
George Orwell


źródło: empik.com

   Jakiś czas temu uznałam, iż najwyższa pora, aby nadrobić lektury szkolne z gimnazjum, w tym m.in. "Folwark zwierzęcy" Georga Orwella. Tak się składa, że całkiem niedawno przeczytałam inną powieść tego autora - "Rok 1984" - która wywarła na mnie bardzo pozytywne wrażenie, co tylko zachęciło mnie do sięgnięcia po "Folwark...". Zainteresowana twórczością Orwella oraz skuszona niską ceną książki (tylko 9 zł), postanowiłam ją kupić. Szczerze mówiąc, oczekuję naprawdę wiele po tym tytule oraz liczę na to, że i tym razem autorowi uda się zaskoczyć mnie bardzo nietypowym zakończeniem, jak w "Roku 1984". 

Amerykańscy bogowie
Neil Gaiman


źródło: risingshadow.net

   Myślałam, że zacznę piszczeć, gdy zobaczyłam tę książkę! Polowałam na nią już od dłuższego czasu, ale albo nigdy nie mogłam zastać jej w bibliotece, albo zapominałam o niej w trakcie spontanicznych książkowych zakupów. Chyba najbardziej ciszy mnie w tym wszystkim to, że jest ona w języku angielskim. Moje studia nie przewidują zajęć z tego języka na pierwszym roku, więc aby zachować z nim jakąkolwiek styczność, uznałam iż zacznę czytać więcej książek po angielsku. Upatrzyłam już sobie kilka tytułów, ale gdy tylko natknęłam się na ten jeden, kompletnie zapomniałam o całej reszcie. W momencie, kiedy ujrzałam tę książkę, popadłam w istną zakupową ekstazę i bez większego namysłu, pognałam z moją nową zdobyczą do kasy. Oby to były dobrze wydane pieniądze. 

Nowy wspaniały świat
Aldous Huxley


źródło: woblink.com

   To był dosyć spontaniczny zakup, jednakże jestem z niego bardzo zadowolona. Zastanawia mnie tylko pewna rzecz, a mianowicie, dlaczego nigdy wcześniej nie natknęłam się nigdzie na ten tytuł? Jego fabuła prezentuje się naprawdę obiecująco i zawiera w sobie jeden z moich ulubionych motywów literackich, czyli antyutopię. Odległa przyszłość, zdegenerowana ludzkość i nadchodzący upadek świata; nie rozumiem, dlaczego ten tytuł pozostawał mi dotychczas nieznany? Zaraz po przeczytaniu opisu, który znajdował się na odwrocie wiedziałam, że muszę mieć tę książkę. Nie ukrywam, skusiła mnie do tego również bardzo korzystna cena (taka sama jak w przypadku "Folwarku...", czyli 9 zł). Jestem bardzo ciekawa, czy ta książka spełni moje oczekiwania. Chyba zabiorę się za nią w następnej kolejności, zaraz za "Śmiało, Angel!". 


   Decyzję, o odwiedzeniu tegorocznych targów, podjęłam dosyć spontanicznie, bo zaledwie kilka dni przed ich rozpoczęciem. Teraz tego żałuję, gdyż ominęło mnie wiele atrakcji, które wymagałyby z mojej strony pewnych drobnych przygotowań. Chodzi mi tutaj szczególnie o punkt wymiany książek, znajdujący się na terenie targów. W mojej biblioteczce zalega mnóstwo tytułów, których staram się z dosyć miernym skutkiem pozbyć; szczególnie Półka Wygnańców woła tutaj o pomstę do Nieba. Niestety, dowiedziałam się o tej akcji dopiero dwa dni przed targami i nie miałam żadnej możliwości, aby sprowadzić te książki do siebie, do akademika. Żałuję też, że nie przygotowałam się lepiej, jeżeli chodzi o umiejscowienie stoisk poszczególnych wydawnictw. Na szczęście udało mi się znaleźć większość z tych, które planowałam odwiedzić, ale zajęło mi to dłużej, niżbym przypuszczała. Ogólnie rzecz biorąc, nie wykazałam się jako organizator; ten wypad był czysto spontaniczny, ale mam nadzieję, że w przyszłym roku się ogarnę i zaplanuję wszystko dostatecznie wcześniej. 
   Targi trwały od czwartku 26 do niedzieli 29 października, jednakże ja wybrałam się na nie wyłącznie drugiego dnia, czyli w piątek 27. Przyjechałam autobusem mpk pod galerię M1, skąd zabrał mnie i innych uczestników specjalny bus, kursujący pod halę EXPO. Gdy dojechaliśmy już na miejsce, momentalnie poczułam ogromne podekscytowanie! Od liceum marzyłam, aby pewnego dnia wziąć udział w tym wydarzeniu, dlatego tak bardzo się ucieszyłam, że w końcu mam szansę spełnić to moje małe pragnienie. 
   Zaraz po kontroli biletu skierowałam się do hali "Wisła", gdzie znajdowały się głównie wydawnictwa uniwersyteckie oraz wydawcy książek dla dzieci. Byłam przygotowana na tłok i ścisk, ale mimo wszystko i tak uderzyła mnie ta duża liczba uczestników. Zaskoczył mnie również rozmiar samej hali, która w pewnym momencie wydała mi się niesamowicie długa, choć w rzeczywistości jest pewnie niewiele większa od sali do WF (hmmm... takie jest moje subiektywne odczucie). 


(to nie jest żadna forma reklamy, po prostu bardzo rozbawił mnie ten banner)


   Byłam wręcz oszołomiona wyglądem stanowisk co poniektórych wydawnictw. Wiele z nich od razu przyciągało wzrok, jednakże moją uwagę przykuł najbardziej stand rzeszowskiego wydawnictwa DREAMS. Mam do nich szczególny sentyment, dlatego postanowiłam sobie, że dopóki nie znajdę i nie odwiedzę ich choćby na kilka minut, dopóty nie pozwolę sobie na opuszczenie targów (spokojnie, ja wiedziałam, że oni gdzieś tam są). Aby zrozumieć moje motywy, musimy się cofnąć do wiosny 2015 roku, do Dnia Przedsiębiorczości. Wtedy to właśnie odwiedziłam DREAMS, by przekonać się na własne oczy, jak funkcjonuje wydawnictwo książkowe. Spędziłam w ich biurze kilka ładnych godzin, a oprowadzała mnie po nim sama założycielka firmy - pani Lidia Miś-Nowak - która wytłumaczyła mi dokładnie, jak krok po kroku przebiega proces wydawania książki. Z tego spotkania wyniosłam wiele ciekawych, ale przede wszystkim, przydatnych informacji, oraz w formie drobnego upominku, wręczono mi dwie wydane przez nich książki. Swoją drogą, do dziś trzymam je na głównej półce mojej biblioteczki, i jak na razie nie zamierzam ich nigdzie przekładać. 
   Od tamtego czasu, bardzo miło wspominam tę firmę, i w momencie, gdy w końcu ujrzałam jej stand, zyskała ona jeszcze więcej w moich oczach. Czuję, że DREAMS naprawdę się postarali z wyglądem swojego stanowiska, i moim zdaniem, udało im się przebić wiele innych, nawet bardziej znanych wydawnictw (może niekoniecznie tych z poniższych zdjęć, ale prezentowali się lepiej niż np. Akapit Press; ich stand nie wywarł na mnie większego wrażenia; był w porządku, ale bez efektu "wow"). 




   Po ponad dwóch godzinach intensywnego zwiedzania i kupowania (książkowe zakupy robię ostatnio dosyć sporadycznie, więc te cztery tytuły to była dla mnie góra literatury!), uznałam, iż czas wracać. Powoli zaczynały boleć mnie plecy, a ogromna kolejka po autograf Nicholasa Sparksa ledwo pozwalała mi się gdziekolwiek dostać. A! Mówiąc o pisarzach- niestety, ale nie udało mi się zdobyć podpisu żadnego z nich. Powraca tutaj kwestia złej organizacji oraz tego, że po prostu mam niewiele ulubionych autorów i nie zamierzałam prosić o autograf kogoś, kogo twórczość jest mi zupełnie obojętna. Idealnym przykładem będzie wcześniej wspomniany Sparks, którego książki nie wzbudzają we mnie żadnych głębszych uczuć i po prostu do mnie nie przemawiają. 
   Targi opuściłam w okolicach 15:30, czyli w momencie, kiedy okolice wokół hali EXPO stały się niemal nieprzejezdne. Zamiast czekać na busa, który zawiózłby mnie pod centrum handlowe M1, postanowiłam dotrzeć tam pieszo, co zajęło mi zdecydowanie mniej czasu. Podczas gdy ja czekałam już na przystanku autobusowym mpk, bus do M1 powoli przedzierał się przez potworny korek. Z tego co słyszałam, w pozostałe dni wyglądało to dokładnie tak samo, a może nawet gorzej. 


(jedna z najdziwniejszych książek, jaką udało mi się znaleźć na targach, nie mogłam nie zrobić zdjęcia)

   Jak widać spontaniczne decyzje czasami się opłacają, gdyż udział w tegorocznych targach uważam za jedno z najciekawszych doświadczeń w moim życiu. Liczę na to, że uda mi się wziąć udział również w kolejnych edycjach, lecz tym razem z rozpisanym wcześniej planem i mapką! Mam również nadzieję, że w przyszłym roku zdobędę autograf któregoś z lubianych przeze mnie pisarzy. Gdyby to byli Neil Gaiman albo Guillaume Musso, chyba skakałabym ze szczęścia! Ciekawe, czy ten sen się ziści...
   Czy również uczesniczyliście w tegorocznych Targach Książki? Chętnie zapoznam się z Waszymi wrażeniami.

See you
Kamila
UDOSTĘPNIJ TEN POST

14 października 2017

Oryginał czy remake?- recenzja "Linii życia" z 2017 i 1990 roku

Hejka!
   W ostatnim czasie, na ekrany kin powracają znane i cenione przez wielu widzów produkcje, tyle że w nieco innych, odświeżonych formach. Do tego szerokiego grona, dołączył w tym roku także remake "Linii życia", którego premiera obiła się w Polsce bez szerszego echa. Jednakże już po pierwszych seansach pojawiły się opinie, że nowsza wersja w niczym nie dorównuje tej oryginalnej z 1990 roku. Bardzo zaciekawiło mnie, czy internauci mieli pod tym względem rację, więc postanowiłam porównać ze sobą obydwie te produkcje. Obejrzałam każdy z filmów i wnioski, które udało mi się wysnuć, przedstawię Wam luźno w dzisiejszym poście. Zapraszam!
   UWAGA! MOŻLIWE SPOILERY!


źródła: movieweb.com, denofgeek.com

Informacje ogólne
Produkcja
Stany Zjednoczone   /   Stany Zjednoczone
Czas trwania
110 min   /   115 min
Gatunek
horror, sci-fi   /   thriller, sci-fi
Rok produkcji
2017     1990

   Przeszłość zapuka do twoich drzwi w momencie, kiedy się jej najmniej spodziewasz. Gdy grupa studentów medycyny zaczyna eksperymentować ze śmiercią kliniczną, budzą się ich wewnętrzne demony, które żądają zapłaty za popełnione przez nich grzechy. Bohaterowie stopniowo zatracają się w swoich mrocznych wizjach, przez co stają się jeszcze bliżsi śmierci, niż byli wcześniej. Doświadczenie, które miało im przynieść sławę i ogromną karierę, swoimi skutkami zaczyna stopniowo doprowadzać ich do obłędu.
   Jestem mocno zawiedziona postawą twórców nowej wersji "Linii...". Odtworzyli - czy może raczej powielili - scenariusz oryginału niemal kropka w kropkę, nie dodając przy tym nic szczególnego od siebie. Doświadczenia, motywacje oraz przewinienia z przeszłości bohaterów, zarówno tej nowszej jak i starszej wersji, są bardzo podobne do siebie; każdy z bohaterów miał swój delikatnie zmieniony odpowiednik. Szkoda, bo odrobina różnorodności mogłaby uatrakcyjnić seans.
   Zapewne celem twórców nie było stworzenie kontynuacji oryginału, jednakże gdyby postanowili oni pójść właśnie w tym kierunku i pociągnęli dalej historię z 1990 roku, ten film prezentowałby się o wiele lepiej. Idealną okazją byłoby wykorzystanie obecności w ekipie Kiefera Sutherlanda, który wcielił się tutaj w postać doktora Wolfsona. Dlaczego o nim wspominam? Otóż Sutherland wystąpił również w poprzedniej wersji "Linii..", i to jako jeden z głównych bohaterów. Dlatego zamiast wpychać do scenariusza postać doktora Wolfsona, twórcy mogli postawić na jego miejscu bohatera oryginału, również jako doktora, który np. odkrywa eksperymenty swoich studentów i znając tego skutki, stara się powstrzymać ich przed dalszymi badaniami. Owy zabieg wniósłby naprawdę wiele do historii i mógłby nadać jej zupełnie inny przebieg. Zastanawia mnie tylko, dlaczego nikt nie podjął się jego realizacji? Nie chce mi się wierzyć, że nikt nie wpadł na podobny pomysł; wydaje mi się on aż zbyt oczywisty. W takim razie, czy twórcy natknęli się na pewne problemy w trakcie jego realizacji i pozostało im tylko ścisłe trzymanie się scenariusza oryginału? Cóż, w tej kwestii pozostaje nam jedynie gdybać.
 

źródło: spoilerfreemoviesleuth.com

   Podczas gdy oryginał skupia się na budowaniu napięcia i nie atakuje nas z każdej strony postaciami wyskakującymi zza cienia i samo otwierającymi się drzwiczkami, "Linia.." z tego roku na każdym kroku stara się wywołać w nas poczucie strachu (właśnie wcześniej wymienionymi sposobami), tyle że z miernym skutkiem. Ze względu na słabe nerwy, nie należę do miłośników kina grozy, jednakże nawet i na mnie te usilne zabiegi nie zrobiły większego wrażenia. Nie twierdzę, że przedstawienie tej historii w nieco mroczniejszy i bardziej horrorowy sposób było błędne. Ależ skąd! Dodało to odrobinę różnorodności, której brakowało mi w przypadku fabuły. Szkoda tylko, że postawiono tutaj na tanie i typowe chwyty, które kompletnie zawiodły i pozostawiły potworny niedosyt.
   Efekty specjalne są zdecydowanie największym plusem nowszej wersji "Linii..." i stanowią również element, który szczególnie przykuł moją uwagę. Wykonano je z dużą dbałością, co naprawdę cieszyło moje oko, a do tego odegrały istotną rolę w wielu kluczowych dla fabuły momentach (w razie wszelkich wątpliwości, nie chodzi mi tutaj o te efekty horrorowe). Również lokacje, gdzie rozgrywają się poszczególne wydarzenia filmu - zimne, przepełnione chłodnymi kolorami - mają swój specyficzny klimat. Pod tym względem jednak, znów wygrywa  u mnie oryginał. Jego twórcy postanowili umieścić akcję w obiektach o bardzo strzelistych formach, które niekiedy łudząco przypominały kościoły (kilka z nich chyba rzeczywiście nimi było), co tylko spotęgowało we mnie poczucie niepokoju. Podobne wrażenia towarzyszą mi w kwestii muzyki- w nowszej wersji była ona poprawna, wpasowywała się w tło, jednakże nie utkwiła w mojej pamięci na dłużej. Zaś soundtrack oryginału chodzi mi po głowie już od dłuższego czasu. Jego lekko psychodeliczne brzmienie bardzo wprowadziło mnie w nastrój filmu i pozwoliło mi lepiej poczuć historię, jaką opowiadał.
 

   Dobra, to teraz czas się do czegoś porządnie przyczepić. Rozumiem, że twórcy oryginału nie dysponowali wówczas takimi sprzętami, jakie są dostępne w dzisiejszych czasach, ale błagam... Te chamsko postawione na środku kadru świece dymne, doprowadzały mnie momentami do szału. I to nie był pojedynczy przypadek, tego nazbierałoby się całkiem sporo. Efekty ze sztuczną mgłą są nie najgorsze, ale plizzz. Przydałaby się w tym odrobina umiaru!
   Na samym końcu chciałabym poruszyć kwestię bohaterów. Tak jak już wcześniej wspomniałam, wersja z tego roku w zaledwie niewielkim stopniu różni się od tej pierwotnej, i odnosi się to szczególnie do losów każdej z postaci. Odniosłam jednak wrażenie, jak gdyby motywy bohaterów z nowszej wersji były nieco bardziej klarowne, a już w szczególności jeżeli chodzi o Courtney, która zainicjowała eksperymenty ze śmiercią kliniczną. Czuję też, że w pewien sposób byli mi oni bliżsi i lepiej potrafiłam wczuć się w ich sytuację. Czyżby to było spowodowane tym, że bardziej identyfikuję się z ich problemami? Są dla mnie bardziej aktualne przez to, że mają miejsce we współczesności? Nie mam bladego pojęcia, czy ten trop jest słuszny. 


źródło: Columbia Pictures Corporation

   Pomimo wszelkich negatywnych opinii oraz zmarnowania swojego potencjału, remake "Linii życia" zasługuje na uwagę i wiele sobą prezentuje. Mimo, że momentami rozczarowuje i stosuje bardzo banalne zagrania, sięgnięcie po niego nie uważam za stratę czasu. W porównaniu do swojego pierwowzoru nie wypada ani blado ani nijak; wiele mu brakuje, ale wciąż stoi na przyzwoitym poziomie. 
   Na pytanie, co lepiej oglądnąć, czy oryginał czy remake, nie mam dla Was jednoznacznej odpowiedzi. Obejrzyjcie obydwa te filmy aby mieć pełne rozeznanie, co w danym było lepsze, a co gorsze. 

Ocena dzieł

Fabuła
3/5   /   4/5
Bohaterowie
4/5   /   3/5
Wykonanie
4/5     3/5
Subiektywne odczucie
3/5   /   4/5

Ostateczny wynik
7/10   /   7/10


See you
Kamila

PS 1 Pierwszą wersją "Linii..." jaką oglądnęłam był remake z tego roku i widziałam go w Multikinie w dniu polskiej premiery. Byłam wtedy z przyjaciółką. Zajęłyśmy najlepsze miejsca, czyli pośrodku najwyższego rzędu, gdzie czułyśmy się jak królowe. Do tego, byłyśmy zupełnie same na ogromnej sali przez calusieńki seans! Cóż, było coś koło 15:00, więc o tej porze nie było zbyt wielu ludzi w kinie, i też samo to kino nie jest zbyt popularne w naszej okolicy, więc nie dziwię się, że skończyłyśmy jako same na sali. Ale mimo wszystko, to było ciekawe doświadczenie!
PS 2 Przepraszam Was za tak długą nieobecność (już który raz to robię!). Jakiś czas temu rozpoczęłam studia i powoli zaczynam dochodzić do ładu z moimi obowiązkami i przyzwyczajam się do nowego trybu życia. Przeprowadziłam się też do akademika, gdzie na szczęście trafiłam na mnóstwo miłych osób, w tym na sympatyczne współlokatorki. We wrześniu z kolei, odwiedziła mnie moja przyjaciółka z Niemiec, którą poznałam na wymianie w liceum. Przenocowałyśmy kilka dni w Krakowie i następne dni albo spędzałyśmy na zwiedzaniu okolicznych atrakcji jak np. galeria obrazów Beksińskiego w sanockim zamku, albo wspólnie oglądałyśmy filmy i rozmawiałyśmy do późnej nocy. Wiele się w ostatnim czasie działo, dlatego proszę Was o wybaczenie za tak długą ciszę z mojej strony. 
UDOSTĘPNIJ TEN POST
Szablon stworzony przez Blokotka. Wszelkie prawa zastrzeżone.